Cykl: “Miesiąc miodowy na dachu świata” [1/4]

Cel podróży, który sobie obraliśmy w 2016 roku pozwala mi przypuszczać, że nie ma potrzeby wyjaśniać tego wyboru. Pytanie dlaczego Nepal i Himalaje wydaje mi się bezcelowe. Ciekawsze byłoby: dlaczego dopiero teraz? Pytanie wydaje się zasadne, bo w ostatnich latach wciąż poznawaliśmy ludzi, którzy stamtąd wrócili, a sukcesy i opowieści himalaistów przyciągały bardziej niż wyczyny kadry Polski.

Na niektóre rzeczy czeka się zbyt długo, na inne nie mamy wpływu. W sierpniu 2016 roku pobraliśmy się z Gosią, a końcem października pojechaliśmy w Himalaje. Przynajmniej pierwszą z tych rzeczy odkładaliśmy zbyt długo, więc już w lutym kupiliśmy Gosi bilet na nowe nazwisko. W ten sposób nasza droga w Himalaje zaczęła układać się coraz ciekawiej. Zostawmy jednak ten prywatny wątek w tle. Naszym celem praktycznie od początku był trekking w kierunku Everestu, prawdopodobnie najbardziej skomercjalizowana trasa w Himalajach. Dlaczego Everest? W pracy wywalczyliśmy 4 tygodnie wolnego, co pozwoliło na zaplanowanie czegoś więcej niż najszybsze dojście do bazy pod Everestem. Znajomy prowadzący klub podróżników był w Himalajach kilka razy, zapewnił nas, że widoki całkowicie zrekompensują nam komercyjność szlaku. Przekonało nas również, że na ten szlak nie potrzebujemy przewodnika, a nie chcieliśmy tego miesiąca nikomu oddawać.

Z przesiadką w Abu Dhabi dotarliśmy do Kathmandu w ostatnim tygodniu października. Na płycie lotniska ciepło, zgodnie ze wskazówkami wędrowaliśmy do hali przylotów. Tam stajemy w długiej kolejce, musimy zapłacić za wizę. Dopiero z otrzymanym kuponem można podejść do pracownika, który wklei właściwy kupon w paszport i możemy odebrać bagaż.

Mister! TAXI…

Był to nasz kolejny kontakt z Azją i nie zaskoczył nas atak taksówkarzy zaraz za progiem. Nawet się zdziwiłem, że dość szybko udało nam się znaleźć taksówkarza, który zaproponował realną cenę przewozu. Po chwili byliśmy już na zatłoczonej ulicy. Na pewno ruch był tu większy niż w stolicach Azji Centralnej, ale to po prostu kolejny stopień ulicznego bałaganu. To jest Azja, więc tylko spokój może nas uratować. Tubylcy wiedzą jak poruszać się po tych drogach. W taksówce jechał z nami pracownik agencji, który wyłożył nam swoją ofertę na trekking wokół Everestu. Wtedy jego oferta wydawała mi się okazją. Z dzisiejszej perspektywy jestem przekonany, że nieźle byśmy głodowali z jego kalkulacją.

Poranny ruch w Kathmandu w dzielnicy Thamel
Poranny ruch w Kathmandu

Po chwili jesteśmy już na Thamelu. Tutaj ruch wydaje się nie maleć. Owszem, wąskie uliczki między budynkami wypełniają turyści, ale muszą co chwilę uskakiwać przed skuterami i samochodami. Gdyby ktoś w tym miejscu odważył się postawić stolik przed kawiarnią to zapewne któryś skuter zabrałby nieostrożnego klienta. Zresztą olbrzymie ilości pyłu skutecznie zniechęcają do takich pomysłów. Jeśli w Kathmandu spotkacie osobę z maską na twarzy w błękitnym mundurze to nie jest to Sub-Zero (postać z gier serii Mortal Kombat, która królowała w salonach gier w latach dziewięćdziesiątych), lecz policjant pilnujący porządku.

Szybko się przekonałem, że poza noclegiem i wyżywieniem Thamel ma niewiele do zaoferowania zachodniemu turyście. Szukając pamiątek warto odwiedzić sklep z herbatą i przyprawami w dobrych cenach (wiadomo, że warto kupować większą ilość). Zakup sprzętu turystycznego innego niż dodatkowa czapka i rękawiczki jest mocno ryzykowny. Oryginalny sprzęt światowych marek jest droższy niż w Polsce. Wszelkie podróbki… Ja akurat jestem zdania, że lepiej wydać pieniądze w dużej sieci marketów sportowych w Polsce. Znam jednak takich, którym prosty polar kupić się udało. Sporą atrakcją jest wypłata pieniędzy z bankomatu. Nie dość, że dwa na trzy bankomaty nie działają, to jeszcze musimy uwierzyć, że w domu przeglądając wyciągi z banku nie odkryjemy niespodzianek. W Thamelu jest co najmniej jedno miejsce, w którym za szeregiem bankomatów ukrywa się pracownik, który wychodzi z kryjówki, widząc nieudolne próby współpracy turystów z maszynami.

Plik pieniędzy
Po wymianie dolarów od razu staliśmy się bogatsi w papierowy ciężar

Kolejnego dnia rankiem sporo przed czasem pojawiliśmy się na lotnisku. Nam jednak bardziej zależało by wylecieć z Kathmandu wcześnie rano. Lotnisko było zamknięte na cztery spusty, a pracownicy leniwie zaczęli się pojawiać w momencie, gdy już miał rozpocząć się check-in. Powoli wchodzili, po dwóch, trzech na jedną kartę. W wysoce nieskoordynowany sposób udało nam się przejść prowizoryczną kontrolę, check-in oraz ponowną kontrolę dokumentów. Po chwili oczekiwania nasz lot został wywołany i autobus zawiózł nas do samolotu. Jeszcze chwila przygotowań i mogliśmy się wzbić ponad poranną mgłę i kurz Kathmandu. Koreczki do uszu odłożone na tą okazję bardzo się przydały, stewardessa częstowała tylko cukiereczkami i watą do uszu.

Pilot w samolocie do Lukli
Pilot podczas porannego lotu do Lukli

Lądowanie na parapecie

Lądowisko w Lukli pojawia się znienacka. Nie ma tutaj żadnych podchodów, krążenia nad lotniskiem. Kilkadziesiąt sekund wcześniej można dostrzec cienką nitkę asfaltu, a po chwili samolot przyziemia, wytraca prędkość i zatrzymuje się na jednym z czterech stanowisk. Opuszczając samolot widzimy osoby, które za chwilę będą odlatywać do Kathmandu. Przy wyjściu odbieramy plecak i możemy ruszać przez ulice Lukli. Pobieżnie patrzymy po szyldach zauważając tutejszego Starbucksa czy kolejne sklepy z pamiątkami. Zajmiemy się tym po powrocie. Pierwszy postój czekał nas na końcu wioski. Na posterunku spisano numery paszportów, karty TIMS oraz … marki aparatów fotograficznych. Nikt ich nie oglądał, może to jakaś statystyka.

Pas startowy w Lukli
Pas startowy w Lukli (2860 m)

Pierwszego dnia trekking trwał niecałe trzy godziny. Konieczność aklimatyzacji nie pozwalała się wznieść wyżej. Warto nie wyrabiać sobie zdania na temat reszty trasy na podstawie tych kilku godzin. Ruch turystyczny na odcinku Lukla – Namche Bazar jest siłą rzeczy znacznie większy, ponieważ wszyscy pokonują go dwa razy. Jest to pierwsza okazja by przejść się na spokojnie po lodge’ach. Zorientować w drobnych różnicach cen i przyjrzeć się jak wygląda wieczorne życie. Tylko w Namche Bazar dostępnych będzie kilka atrakcji do zagospodarowania czasu. Później zmieniają się ceny, standard i temperatura.

Most wiszący na szlaku do Namche Bazar
Most wiszący na szlaku do Namche Bazar

Selfie na drodze do Namche Bazar

Długi dzień do Namche Bazar owocuje kilkoma kontrolami karty TIMS i biletu do parku narodowego Sagarmatha. Przekraczamy też kilka mostków wiszących nad rzeką, a obiad zjadamy wygrzewając​ się jednocześnie w słońcu na tarasie jednej z mijanych jadłodajni. Ludzi jest sporo, po kryzysie związanym z trzęsieniem ziemi na tablicy z ilością turystów wyraźnie widać wzrost zainteresowania regionem i powrót wycieczek na szlak. Po zdobyciu ostatniego podejścia do Namche, mamy możliwość spojrzenia z góry na ten naturalny amfiteatr, zagospodarowany przez człowieka. Olbrzymia powierzchnia różnokolorowej blachy ułożona w półokrąg na wielu poziomach. Podobno nie ma roku by w Namche nie było słychać stuku młotów i dźwięku pił. Kiedyś najważniejsze miejsce na szlaku handlowym, dziś jest lokalnym centrum turystycznym. W zasadzie można kupić tu wszystko co było oferowane na Thamelu, jest to też ostatnie miejsce z bankomatem, ale lepiej na niego nie liczyć.

Namche Bazar prawie z lotu ptaka
Namche Bazar (3440m) prawie z lotu ptaka

W Namche Bazar odbywa się obowiązkowa aklimatyzacja i należy zostać tutaj przynajmniej dwie noce. Warto wybrać lodge z widokiem, ponieważ miejscowość i otaczające wysokie szczyty znacznie lepiej wyglądają z wyższych kondygnacji. Następnego dnia pokonaliśmy standardową aklimatyzacyjną pętlę do Everest View Hotel. Polecamy zrobić dłuższą pętlę przez miejscowość Khumjung by zobaczyć kilka dodatkowych widoków i doświadczyć większego luzu na szlaku. Pierwszy widok na Ama Dablam na pewno wynagrodzi ewentualny ból głowy, a nazwa hotelu też nie jest przypadkowa. Dach świata rozróżnimy bez pomyłki spośród otaczających gór. Hotel jest położony w bez wątpienia pięknym miejscu, a herbata z widokiem na Ama Dablam i Everest może smakować wyśmienicie.

Widok na Ama Dablam
Pierwsze spojrzenie na Ama Dablam (6856m) z wioski Khumjung (3790m)
Gosia w Hotelu Everest View
Gosia w Hotelu Everest View

Po powrocie do Namche można pomyśleć o pobycie w jednej z kawiarni. W naszym przypadku było to ostatnie miejsce z dobrą kawą. Taki luksus w górach można uznać za nadmiarowy. Do odwiedzin kawiarni może przekonać możliwość naładowania urządzeń elektronicznych w niskiej cenie. Często w lodgach taka usługa jest płatna, już nawet w Namche.

Wyjeżdżając z Polski planowaliśmy z Namche udać się wprost do Gokyo, ponieważ taką opcję poznaliśmy od znajomych, a posiadany przewodnik utwierdzał nas w tym wyborze. Kusiła nas trasa przez Renjo La, ale zebrane w Polsce  informacje na ten temat, a właściwie ich brak, raczej zniechęcały. Na szczęście temat odżył w Namche. Porozmawialiśmy ze spotkanymi turystkami z Izraela i przewodnikiem, który zatrzymał się w naszej lodge. Przewodnik bardzo polecał trasę, ale był dość sceptyczny do marszu z dużym plecakiem. To akurat nas nie zraziło, a rozmowa z dziewczynami rozwiała nasze wątpliwości. Niewiedza dotyczyła głównie czasów przejścia na tej trasie oraz infrastruktury. W dół na trekkingach w wysokich górach chodzi się zdecydowanie szybciej niż w górę.

Jest to pierwsza część relacji w cyklu “Miesiąc miodowy na dachu świata”. Zapraszamy do przeczytania pozostałych wpisów opisujących trekking u podnóża Mount Everestu oraz obejrzenia galerii zdjęć.

Autor

Programista w tygodniu, po godzinach podróżnik i fotograf. Samotna dwumiesięczna wyprawa rowerowa nauczyła go realizować marzenia. Uprawia fotografię uliczną, lubi książki reportażowe i dobre historie z pokazami slajdów w tle.

2 komentarze

    • Michał

      Ja naprawdę chciałem sobie kupić pseudo kurtkę Mountain Hardwear na dojazdy rowerem do pracy, ale przy moim wzroście rozmiary na szerokość szły w pewną abstrakcję… Nawet nie musiałem się zastanawiać nad stosunkiem cena/jakość, a nie był w moim przypadku powalający.

Napisz komentarz