Pierwsze tygodnie w Chile dawały nam jeszcze możliwość pewnego manewru i wyboru trasy, którą chcielibyśmy się poruszać na południe. Ta dowolność miała się już niedługo skończyć i nieuchronnie, jak w lejku mieliśmy trafić na drogę numer 7. Pejoratywne znaczenie braku wyboru jest w tym wypadku nie na miejscu.

Znów zadecydowała za nas prognoza pogody. Schodząc w dół z Valle de Chochamó spytaliśmy spotkanych ludzi o prognozę na kolejne dni. Odpowiedzieli, że jeszcze jutro ma być w miarę z przelotnymi opadami. Kolejnego dnia miało się już rozpadać na dobre. Od nietypowego wysiłku mieliśmy bolesne zakwasy, ale mimo tego zdecydowaliśmy się wsiąść na rowery kolejnego poranka. Przepakowujemy bagaże do rowerowych sakw. Przy kominku suszymy mokre rzeczy i wyruszamy z Chochamó w kierunku południowym.

Worki z używanymi sieciami rybackimi
Worki z używanymi sieciami rybackimi
Infrastruktura hodowli łososia... norweskiego...
Infrastruktura hodowli łososia… norweskiego…

Norweski…

Jeszcze zanim dojechaliśmy do Cochamó zainteresowały nas rzędy boi na wodzie. Podobny widok towarzyszył nam przez kolejne dni. Na wodzie boje, platformy i kutry. Na lądzie stosy sieci, małe stocznie i przetwórstwo. Większość tego przemysłu to hodowla łososia. Może zainteresuje Cię, że to są norweskie hodowle. Kupili wszystko czego potrzebują. Od osoby bliżej związanej z branżą wiemy, że łosoś z Chile jest jednak gorszej jakości niż ten z Norwegii. Może to tylko jedna opinia, jednak jeśli następnym razem wpadnie Ci w ręce łosoś z chilijskich wód to nie traktuj tego za egzotyczny przysmak.

Rybackie klimaty w okolicach Carretera Austral (droga nad wybrzeżem)
Rybackie klimaty w okolicach Carretera Austral (droga nad wybrzeżem)
Stary dom w Contao
Stary dom w Contao

W atmosferze rybołówstwa wyjeżdżamy na Carretera Austral, czyli po ludzku drogę nr 7. Ta trasa w sezonie jest opanowana przez rowerzystów i nikogo widok rowerów z sakwami nie dziwi. My ciągle udajemy, że jesteśmy tutaj pierwsi, ponieważ nadal nie spotykamy nikogo przez tygodnie. Tak dojeżdżamy do Contao na spotkanie z bardzo sympatyczną rodziną. Jesteście pierwszymi Polakami u nas! Piersi Polacy w Patagonii – śmiejemy się, od razu wyjaśniając, że znamy kilku przed nami.

Rodrigo potwierdza, że w okolicy praca jest w rybołówstwie lub przy budowie dróg. W turystyce pracy jest niewiele. Dla nas ważniejsze, że solidną ulewę możemy przeczekać w ciepłym domu. Cały dzień działa kominek, jedyny sposób na wysuszenie mokrych rzeczy to rozwieszenie ich bezpośrednio nad nim. Na koniec jesteśmy zapytani jak się u nich czuliśmy. Wiemy, że podróżnicy są długi czas daleko od domu. Chcemy, by przez chwilę mogli się poczuć tutaj jak ze swoją rodziną. Cieszymy się, że mogliśmy spędzić z nimi czas.

Stocznia budowy kutrów jakich wiele widzieliśmy w okolicy Contao
Stocznia budowy kutrów jakich wiele widzieliśmy w okolicy Contao
Co się stało temu drzewu?
Co się stało temu drzewu?

Ksiądz

W Hornopiren zgodnie ze wskazówkami mieliśmy uderzać do księdza Thomasa. Kto wam o mnie powiedział? To kolejny raz taka sytuacja, poprzednim razem był tu Meksykanin. Okazało się, że drzwi otworzył nam 83 letni ojciec Antonio z Holandii. Jestem tu od 27 lat. Mam pod opieką 26 kaplice. Sam! Ojciec z uśmiechem prowadzi nas do salek katechetycznych. Podczas mszy wieczornej intonuje „Swoją barkę pozostawiam na brzegu…” Znów czujemy, że jesteśmy bliżej domu…

Widok w przystani promowej w Hornopiren
Widok w przystani promowej w Hornopiren
Kościół pod opieką księdza Antonio w Hornopiren
Kościół pod opieką księdza Antonio w Hornopiren
Dzień na wodzie
Dzień na wodzie

Dzięki uprzejmości Ojca Antonio, zwanego Thomasem ruszamy rano na prom sprawnie i z suchym namiotem. Po umocowaniu rowerów do burty siadamy na kanapie z kubkiem dobrej kawy. Gosia nawet stara się zauważyć, że taki prom to dla nas prawie jak podróż jachtem. Na tyle romantyzmu możemy sobie w tej chwili pozwolić. Może nas ta przejażdżka rozleniwia nawet za bardzo, bo po południu zrobiliśmy zaledwie 26 km do przygotowanego kempingu. Jesteśmy na nim sami. Kemping jest jednym z piękniejszych. Mamy drewniany dach nad głową i pół metra do jeziora – Laguna Blanca.

Wieczór na campingu Laguna Blanca (dwa kroki od naszego namiotu)
Wieczór na campingu Laguna Blanca (dwa kroki od naszego namiotu)
Roślina z rodziny rabarbaru. Miejscowi zajadają się łodygami
Roślina z rodziny rabarbaru. Miejscowi zajadają się łodygami

Służbiści

Do Chaitén dojeżdżamy w słonecznej pogodzie, ale po chwili się chmurzy. Na stacji benzynowej chcę kupić litr benzyny. Nie sprzedajemy do butelek, odpowiada jedyny pracownik i odwraca się do mnie plecami. Ale to jest specjalna butelka do przewozu paliwa. Nie sprzedajemy do butelek. Czemu? Bo nie… Możecie iść kupić kanister, jest sklep w mieście. Innej stacji benzynowej podobno nie ma w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Nie pomogły też tłumaczenia moje, a potem Gosi, że niebawem umrzemy z głodu jak nie sprzeda nam tej benzyny. W końcu zdobywamy z restauracji obok pojemnik w kształcie kanistra. Pan gbur nalewa litr benzyny, a ja przelewam ją do mojej butelki. Pal sześć nas, ale za miesiąc rowerzystów tu będą setki…

Z kanistra po płynie do naczyń do specjalistycznej butelki. Logika?
Z kanistra po płynie do naczyń do specjalistycznej butelki. Logika?
Kolejna stacja była 16 kilometrów dalej… Był też Park Narodowy Pumalin i informacja na jakich kilometrach są campingi. Wjeżdżamy i ściągamy sakwy przy pierwszym. Po chwili przejeżdża patrol i tłumaczy, że nie możemy tutaj spać. Wręczają nam karteczkę z listą zakazów obowiązujących  w parku. Kemping nie jest gotowy, nie ma toalety. Przecież jest informacja przed wjazdem do parku, że tu jest kemping, a Wasze biuro było cały dzień zamknięte. Nie wolno, od 25 grudnia będzie otwarty. Za to samochody mogą jeździć tam i z powrotem…

Wracamy do miasta na płatny kemping bez widoków. Tego dnia to było za dużo. Pokłóciliśmy się. Gosia poszła pod prysznic, a ja wykrzyczałem swoje w łańcuchy podczas serwisu rowerów. Później jedliśmy już razem.

Góry w Parku Narodowym Pumalin
Góry w Parku Narodowym Pumalin
Widok z mostu nad rzeką Yelcho
Widok z mostu nad rzeką Yelcho

Lawina

Mijając kolejne znaki „uważaj na rowerzystów”. Gosia uważa na mnie, a ja na nią. Widoki rzeczywiście mogą spowodować pewne rozprężenie. Zanim zaczniemy gryźć asfalt na podjeździe do Villa Santa Lucia mijamy kilka punktów widokowych. Po kilku miesiącach zaczynamy być troszkę wybredni i kolejna rzeka może nie zrobić na nas takiego wrażenia jak krótki chilijski podjazd. Akurat do wspomnianej wioski zmęczył nas jeden z tych dłuższych.

Do Villa Santa Lucía prowadzi nas ślad zniszczenia. Ogromna część lasu została zmieciona z powierzchni ziemi. Niestety lawina błotna dotarła do wioski i zniszczyła połowę jej powierzchni, a w jej wyniku straciło życie 22 mieszkańców. Dramat miał miejsce w grudniowego poranka 2017. Prawie w szczycie sezonu. Podobno rowerzyści uciekali z przerażeniem widząc co się dzieje. Trudno zrozumieć żywioł i siłę natury. Patrząc na okolicę nie umiemy sobie wyobrazić jak lawina dotarła aż do wioski.

Uwaga na rowerzystów!
Uwaga na rowerzystów!
Ślad zniszczenia po zeszłorocznej lawinie w Villa Santa Lucía
Ślad zniszczenia po zeszłorocznej lawinie w Villa Santa Lucía

W głowie od kilku dni tli się chęć powrotu na jakiś czas do Argentyny. Wcale nie liczymy na bardziej spektakularne widoki, albo lepszą pogodę. Chyba bardziej na steka i krótki urlop od roweru, który zaplanowaliśmy już jakiś czas temu. Przyznajemy tez, że chilijskie ceny dają popalić. To jednak koszt, który jesteśmy zdecydowani ponieść by zobaczyć całą Carreterę Austral. Tutejsza turystyka na pewno z przyjemnością ściągnie odpowiednio kwoty z naszej karty płatniczej.

Pośród gór

Droga do Futaleufú daje nam dużo satysfakcji i radości z jazdy. Szutrowa, wzdłuż rzeki o miętowym kolorze. My z radością liczymy kolejne miejsca gdzie wolno postawić namiot, chyba już trochę zmęczeni tym jak trudno rozbić się na dziko. Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym przykleił taką łatkę do Chile. Czasem mam wrażenie, że gdyby ktoś rozwiązał te płoty to kontynent rozjechałby się na tysiące wysepek. Może dlatego są takie ważne…

Jezioro Lago Yelcho
Jezioro Lago Yelcho
Jezioro Laguna Espejo w Futaleufú
Jezioro Laguna Espejo w Futaleufú

Futaleufú ma niesamowite położenie. Gdzie się nie obrócisz to góry. Zbudowane z kilku kwadr na krzyż pozwala szybko zorientować się w sytuacji. Choć turystów tutaj jeszcze brakuje, to noclegi już się cenią. Znajdujemy dla siebie miejsce u wesołej pani i nie czujemy się w środku jak intruzi. Zrozumiałbyś co mam na myśli gdybyś chwilę temu otrzymywał informacje o cenach pokoju przez domofon. Mając trochę szczęścia i czasu przyglądamy się okolicy. Prognoza zapowiada deszcz nasilający się w ciągu kolejnych dni. Decydujemy się jechać dalej.

Kolejnego dnia jesteśmy na granicy. Nikt za bardzo nie chce przeszukiwać bagażu. Cieszymy się, to zawsze mniej stresu i czasu potrzebnego na przekroczenie szlabanu. Tyle szczęścia nie mają trzy Toyoty. Czekają na przejściu już jakiś czas, a słoików pozbyli się już chwilę wcześniej. Polacy po chwili się z nami żegnają. Szlaban unosi się w górę, oni ruszają w swoją, a my w swoją stronę.

Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

8 komentarzy

  1. Pięknie, pięknie. Nie mogłem się oderwać od tekstu by przenieść wzrok na zdjęcia i z powrotem.
    Sympatyczni ludzie i niesamowicie zachwycające krajobrazy.
    A co do łososi – chyba wolę makrelę 🙂
    Z ogromna radością czytamy kolejną porcję przygód wesołej pary na kółkach. 🙂
    Powodzenia

    • Jest naprawdę pięknie i cieszę się, że tekst daje radę. Chile ma sporo do pokazania i na pewno nie uda się poznać wszystkiego tym razem. Choć to tylko jedna droga 😉

  2. Dziękuję za kolejną dawkę przygód. Świetny pomysł z muzyką . Czytałam i podziwiałam widoki a muzyką w tle. Na końcu reportażu piszesz, że pożegnaliśmy się z Polakami na granicy. Tzn, że spotkaliście rodaków? Trzymamy kciuki za Michała i Gosię.

    • Tak, spotkaliśmy grupę Polaków w trzech samochodach. To był prywaty wyjazd. Ale to jeszcze nic. Spotkaliśmy też dwa dni temu ekspedycję Mercedesa na 13 samochodów. Też Polacy.

  3. Piękne te góry, idzie lato. Zdjęcia nieźle oddają opowieść, tak chciałby się to zobaczyć na żywo

    • Bardzo się cieszę, że opowieść się podoba. Zawsze jesteśmy ciekawi jak teksty i zdjęcia są odbierane.

Napisz komentarz