Po Tupizie krążą gringo. Większość szuka oferty czterodniowej wycieczki na Salar de Uyuni. Sam Salar to jednak zaledwie ćwierć programu takiego wyjazdu. Nie ma się co jednak dziwić, że jest dźwignią handlową oferty każdej z agencji. Na ścianach uśmiechnięte buzie ludzi z całego świata ułatwiają dokonanie rezerwacji.

Z dachu Toyoty z uśmiechem przywitał nas Grover. Po wymianie imion poprosił nas o podrzucenie bagażu na dach. Za chwilę dołączyła do nas Norma – nasza kucharka podczas tego wyjazdu. Tak jak dowiedzieliśmy się dzień wcześniej każdy jeep lub grupa z jednej firmy samodzielnie przygotowuje posiłki na trasie.

W samochodzie ląduje jeszcze para Włochów będąca w podróży poślubnej i dziewczyna z Anglii. Na marginesie konkurs – zgadniesz ile jest urlopu okolicznościowego z okazji ślubu we Włoszech? To będzie teraz chyba nasze ulubione pytanie wśród poznanych ludzi w Europie.

Pierwszy przystanek, powulkaniczne formy skalne
Pierwszy przystanek, powulkaniczne formy skalne

W europejsko-boliwijskim towarzystwie ruszamy wpierw… do sklepu po liście koki i papier toaletowy. Europejczycy zaopatrzyli się dzień wcześniej. Szybko zdobywamy wysokość wspinając się zaraz za miastem po serpentynach szutrowej drogi. Po 30 minutach wysiadamy przy pierwszych formacjach skalnych. Grover dokręca koła i reguluje ciśnienie w oponach Uspokaja nas z uśmiechem, że to dla bezpieczeństwa. W tym czasie my robimy pierwsze zdjęcia.

Ciudad del Encanto
Ciudad del Encanto

Tego dnia mieliśmy oglądać głównie formy skalne powstałe wyniku erupcji wulkanicznych i erozji. Kiedy jednak z szarych chmur zaczął padać śnieg to było dla nas spore zaskoczenie. Wprawdzie dwa tygodnie wcześniej śnieg zablokował przejazd do niektórych atrakcji. W porze suchej opady to jednak rzadkość. Do śniegu wrócę jeszcze później, ponieważ był ważnym elementem tego wyjazdu.

Kilka tygodni przed wyjazdem miałem okazję być na projekcji filmu „Oro” (złoto). Kadry z filmu przypomniały mi się, gdy schodziliśmy do ruin miasta poszukiwaczy złota. W filmie Hiszpańscy kolonizatorzy nie byli w stanie przejść kilkunastu minut filmowego czasu bez kilku trupów w swoich szeregach. Indianie? Też, ale zabijało ich głównie złoto. A tutaj proszę, ruiny zorganizowanego miasta i kopalnie, w których poszukiwali szlachetnych kruszców. Czyli kiedyś byli w stanie zbudować miasto, zaśmiałem się w duchu w zamieci śnieżnej.

Ruiny miasta poszukiwaczy złota i srebra
Ruiny miasta poszukiwaczy złota i srebra
Droga przez boliwijskie pustkowie
Droga przez boliwijskie pustkowie

W pierwszym dniu mieliśmy pokonać najdłuższy dystans i przed samym zmrokiem lądujemy w całkiem miłym hostelu w cieniu wulkanu. Chłód bardzo szybko opanowuje okolice i kto żyw, przebiera nogami by się trochę rozgrzać. Po piętnastu minutach w jadalni ląduje gorąca woda w termosie, a do tego kakao, herbata, kawa, mleko w proszku i talerz krakersów.

Nasza kucharka Norma uwija się i zawsze jest na czas. Za dnia cicha, wymienia czasem kilka zdań z kierowcą i pasażerem na tylnej kanapie. Uaktywnia się, gdy nadchodzi pora przedobiedniej przekąski, albo podania innych smakołyków. Zupełnie inaczej Grover, żartuje od początku nadając nam inne imiona i narodowości. Wybudza z drzemki, a cały czas dba o nagłośnienie pojazdu muzyką ze swojego telefonu. Nawet są to w większości słuchalne kawałki, choć playlista idzie w kółko.

Laguny, gorące źródła i wulkany

Drugiego dnia od rana słońce opiera się o szyby samochodu. Szybko robi się przyjemnie, mimo wcześniejszego szybkiego śniadania w lodowatej jadalni. Na skórę kładziemy warstwę kremu do opalania, a na nosie lądują okulary wysokogórskie. Już po zobaczeniu pierwszych dwóch lagun, jesteśmy pod wrażeniem odmienności krajobrazu. Kiedy dojeżdżamy do Laguny Verde, szczęki opadają.

– Więcej niż jedno zwierzę to?
– Owca? [X]
– Lama? [X]
— teleturniej Familiada TVP2

Lamy towarzyszą nam w trasie przez wszystkie cztery dni
Lamy towarzyszą nam w trasie przez wszystkie cztery dni
W drodze do Laguny Verde
W drodze do Laguny Verde

W to miejsce jechaliśmy przez śnieżne pola. Grover opowiada… tam jest pustynia Dali’ego, a po drugiej stronie wielokolorowe wulkany… ta laguna jest zielona… zwłaszcza jak nie jest zamarznięta… Wyobrażamy sobie jakby było jechać tędy rowerem. Ze znalezieniem wody na herbatkę nie byłoby problemu, ale czasu na stopienie śniegu musielibyśmy trochę poświęcić. Gorzej z przepchaniem się z rowerem w takich warunkach.

Słońce operuje na naszą korzyść. W drodze powrotnej widzimy odmienny krajobraz, ponieważ część śniegu zdążyła się stopić. Odsłania się pustynia Dali’ego, a my zbliżamy się do gorących źródeł i pory obiadowej.

Laguna Verde, uwaga na zawartość arszeniku
Laguna Verde, uwaga na zawartość arszeniku
Gorące źródła na wysokości 4300m
Gorące źródła na wysokości 4300m

W naszej drużynie jest jeszcze jedna osoba, która włada językiem hiszpańskim słabiej niż ja. Lucy z Anglii nie rozumie chyba prawie nic i chyba zapomnieliśmy jej przekazać, albo jednak zapomniała, że do kąpieli w gorących źródłach przydałby się pod ręką strój kąpielowy i ręcznik. Grover opuścił głowę i ramiona, ale wskakuje na dach w poszukiwaniu bikini.

Dojeżdżamy do Laguna Colorada, zaraz zobaczymy flamingi
Dojeżdżamy do Laguna Colorada, zaraz zobaczymy flamingi
To są właśnie flamingi ;)
To są właśnie flamingi 😉

To nie koniec atrakcji na dziś. Jeśli chciałbym gdzieś spędzić więcej czasu to chyba byłaby to Laguna Colorada. O tej porze roku nie ma tutaj 20000 flamingów, ale ten 1000, który widzieliśmy zrobił na nas spore wrażenie. Nie wiem czy kiedykolwiek dane mi będzie zobaczyć te piękne ptaki w takiej ilości. Te kilkadziesiąt minut to jednak za mało. Chciałbym usiąść, patrzeć i dopiero później fotografować.

Jedzenie

Przeskoczmy trochę dalej do obiadu trzeciego dnia, bo choć kolejne formy skalne były bardzo ciekawe, to na koniec wszyscy i tak pytają o jedzenie. Warto wspomnieć, że dziś obchodzimy też dzień niepodległości Boliwii. Obchody La Patria zaczęły się już dziś w nocy i potrwają jeszcze dwa dni.

Na tą skałę mówią Głowa Diabła, ale ostatnio dostrzegają też podobieństwo do Donalda Trumpa...
Na tą skałę mówią Głowa Diabła, ale ostatnio dostrzegają też podobieństwo do Donalda Trumpa…

Talerze lądują na skalnym stole. Wiem, że zmęczyłem Cię już skałami, ale to taka opcja na posiłki na powietrzu. Mamy trochę czasu dla siebie, a wokół gromadzą się wiskacze. Te duże szynszyle wierzą, że może im także przypadnie w udziale część naszego posiłku.

Laguna Negra, czyli Czarna Laguna kryje się za malowniczą ścieżką od przystanku jeepów
Laguna Negra, czyli Czarna Laguna kryje się za malowniczą ścieżką od przystanku jeepów
Przy posiłku na powietrzu towarzyszą nam wiskacze
Przy posiłku na powietrzu towarzyszą nam wiskacze

Norma w kilkanaście minut ma wszystko gotowe. Trzy plastikowe pojemniki zawierają mięso w sosie, ryż, słodkie ziemniaki, warzywa. W przerwach między posiłkami mamy przekąski. I tak np. pięcioro trzydziestolatków i starsza kucharka siedzi w jeepie i liże lizaki, a Grover zmienia koło, bo mieliśmy pecha.

Czy to kolacja w hotelu solnym (zupa z frytkami, lazania, drink w kolorach boliwijskiej flagi), czy śniadanie na Salarze (płatki z jogurtem, dulce de leche, dżem, ciasto, kawa), zawsze jesteśmy zadowoleni. Czytaliśmy opisy, że można głodować podczas takiej wycieczki. My mieliśmy dosyć, ale warto mieć dziewczyny w drużynie, bo jedzą mniej.

Salar de Uyuni

Jest jeszcze długo przed brzaskiem, gdy przecinamy solnisko w towarzystwie innych jeepów. Czerwone światła migoczą w ciemności nocy. To najazd na Wyspę Kaktusów. Miejsce skąd roztacza się spektakularny widok na wschód słońca.

Przed brzaskiem na Wyspie Kaktusów pośrodku Salaru
Przed brzaskiem na Wyspie Kaktusów pośrodku Salaru
Jak sugeruje nazwa na wyspie jest sporo kaktusów
Jak sugeruje nazwa na wyspie jest sporo kaktusów

Dziś Salar de Uyuni w dużej części jest pokryty cienką warstwą wody. To za sprawą roztopionego śniegu, który spadł dwa tygodnie wcześniej i przedwczoraj. Mamy o wschodzie spektakl pory deszczowej w porze suchej. Słońce rozświetla niekończącą się taflę Salaru, a my czujemy pierwsze promienie słońca na twarzach. W oddali patrzymy na wulkan Tunupa, jego również sięgają nieśmiałe promienie słońca.

Po śniadaniu na powietrzu, następuje obowiązkowy punkt wycieczki, czyli wygłupy z perspektywą. Na solnej pustyni chyba każdy potrafi zrobić z siebie idiotę. Nam udawało się przez półtorej godziny, zanim zaczął nas delikatnie poganiać Grover. Potem już z górki, w sensie czasu: hotel solny (muzeum), ostatni obiad i cmentarz pociągów. Tyle…

Tyle tygodni razem, w końcu dostałem kopniaka ;)
Tyle tygodni razem, w końcu dostałem kopniaka 😉
Nieczynny hotel solny na Salarze
Nieczynny hotel solny na Salarze

Może jednak aż tyle? Jesteśmy nieprzyzwyczajeni do takiego tempa zwiedzania. Rowerem na taką trasę trzeba by dwóch tygodni. Tutaj w 4 dni przejechaliśmy 1200km i zobaczyliśmy esencję piękna tej części Boliwii. Pewnie to zaledwie prezentacja piękna tego regionu, bo kto by się odważył wygłaszać takie tezy zaledwie zahaczając o południe wielkiego kraju. Trzeba być ostrożnym.

Uliczny fast food w Colchani
Uliczny fast food w Colchani
Trzeba już ruszyć w kolejną drogę...
Trzeba już ruszyć w kolejną drogę…

Do Tupizy wracamy z innym kierowcą, znajomym Grovera, bo nasz otrzymał w międzyczasie nowe zlecenie. W drodze zatrzymujemy się przy kaplicy świętego Krzysztofa. Dziękujemy za szczęśliwą podróż. Każdy z nas zapala dwie świeczki, wybiera 12 najlepszych liści koki i kropi ołtarz 96% alkoholem. Tego ostatniego należałoby jeszcze skosztować w ramach nadmiaru odwagi. Kierowca zostawia dwa papierosy wetknięte w drzwiczki ołtarzyka, a resztę paczki poniżej. Możemy iść.

Wydawało się, że czas trzydniowych grupowych wycieczek „do Rzymu” mamy już za sobą. Przynajmniej tak mi się kojarzy zwiedzanie, kiedy trzeba wybierać pomiędzy zrobieniem zdjęcia, a słuchaniem przewodnika. Tutaj jednak naprawdę nam się podobało i jedynie nasza sportowa ambicja nie została zaspokojona.

Trzeba jasno powiedzieć, że na pewno nie powtórzylibyśmy trasy tej wycieczki na rowerze. Najbardziej spektakularny element programu chcemy koniecznie powtórzyć na rowerze. W takich trawersach na wysokości jest coś magicznego. Wyobraź sobie, że jedziesz rowerem po płaskiej rozległej przestrzeni kilometr nad Rysami. Piękne…

Autor

Programista w tygodniu, po godzinach podróżnik i fotograf. Samotna dwumiesięczna wyprawa rowerowa nauczyła go realizować marzenia. Uprawia fotografię uliczną, lubi książki reportażowe i dobre historie z pokazami slajdów w tle.

19 komentarzy

  1. Krajobrazy jak z innej planety… efekt dodatkowo spotęgowany wypraniem z kolorów 😛 Nie ma to jak dobra wycieczka 🙂

    • To chyba jest inna planeta by na względnie małym obszarze zgromadzić tyle różnych historii.

  2. Fajnie zobaczyć jak wygląda śnieg w tamtych rejonach. W październiku były resztki dopiero pod 5 tys. I wyjaśniło się w końcu kto jest na zdjęciu z łopatą. Pozdrawiamy i życzymy najlepszego 😉

    • Spotkaliśmy rowerzystów, którzy ze śniegu się nie cieszyli. Wcale się im nie dziwię, bo brodzenie na Salarze w wodzie i walka z przylegającym do twarzy lodem .. Nic miłego.
      No, się my mogliśmy kilka dni później zobaczyć coś nowego.

  3. NO, no. Wyjazd na drugi kraniec świata w poszukiwaniu soli i śniegu przy okazji 😉
    Zdjęcia super, tekst też przybliża nieznane – jesteśmy bliżej tych cudów. Fajnie 🙂

    • Tej soli to tam trochę mają, a pod spodem złoża litu… Ciekawe co dalej się bardziej opłaci…

      • Dziękujemy za pozdrowienia. My dziś zjechaliśmy 700 metrów i tego nie poczuliśmy. W dół jechałem czasem wolniej niż pod górę. Ehh wiatr 😉

        Pozdrawiamy Estonię!

  4. Cudne zdjęcia! A takiego kopniaka jak na zdjęciu aż sama chciałabym dostać:P
    jak Wam się podobały gorące źródła? ja wspominam jako coś odrealnionego! wczesnym rankiem, wśród oparów pary wodnej i totalnym mrozie…magia!
    psss,no to ile jest tego urlopu okolicznościowego? mamy przeprowadzić się do Anglii? 2 tygodnie? miesiąc? chciałoby się…

    • To było coś odrealnionego, choć my weszliśmy do wody w południe. Wcześniej chcieliśmy zobaczyć laguny.
      We Włoszech mają dwa tygodnie po ślubie. W Argentynie też. W Argentynie mają po każdym ślubie…

  5. A mnie zastanawia kwestia obuwia – zabieraliście twarde trekkingi do jazdy na rowerze – mam na myśli te widoczne na zdjęciu pustynnym, czy tylko do spacerowania po pagórkach? ;]

    • Dobre pytanie! Mnie w ogóle zastanawia sprzęt jaki zabraliście, bo na pewno robiliście gruntowne rozeznanie rynku, co się najlepiej sprawdzi. Fajną kawiarkę macie (Instagram), ale ciekawa jestem np. garnków, śpiworów i innych patentów 😉

      • Michał Odpowiedz

        Zakupy zajęły nam dużo czasu;) Na pewno będziemy chcieli o tym kiedyś napisać, bo może ktoś będzie miał prościej. Trzeba było patrzeć na funkcjonalność i portfel;)
        Jeśli coś będzie Ci potrzebne wcześniej to pytaj.
        Garnki + patelnia mamy MSR. Modelu nie pamiętam, się większy ma 2l. Są delikatne, się lekkie i bez żadnych radiatorów itp. Nic nie przywiera. Pasują na każdy palnik.
        Śpiwory mieliśmy wcześniej. Mamy Małachowskiego 800 gramów i Cumulusa 700
        Przydałby się na to cały artykuł, bo modeli dokładnych teraz nie sprawdzę;) Trochę sprzętu jeszcze czeka na użycie.

    • Michał Odpowiedz

      Wysokie buty trekkingowe mają nam służyć w najchłodniejsze dni na rowerze. Wozimy je z przeznaczeniem na trekking. Mamy też lekkie buty podejściowe (adidasy z twardą podeszwą) i sandały. Mamy tyle butów, bo chcemy wyjść w niektóre góry wyżej i dlatego nie zabraliśmy lekkich trekkingów w których możnaby jechać.

Napisz komentarz