Przejeżdżamy przez most nad rzeką Barrancas. Na drugim brzegu jest tylko duży posterunek policji, opuszczona stacja benzynowa i połamana konstrukcja dużego billboardu. Betonowy filar informuje nas, że wjechaliśmy do Patagonii. Teraz mamy już na to namacalny dowód.

Granica

W Barrancas zatrzymujemy się na campingu niedaleko centrum. Właścicielka namawia nas, by przenieść namiot do garażu, ale w końcu ustępuje obserwując umocowanie naszego miejsca noclegowego. Wiatr i niewielki deszcz tylko trochę straszą nas wieczorem. Ten drugi nie daje za wygraną i duje także kolejnego dnia.

Okolice Barrancas, w oddali ośnieżone szczyty Andów
Okolice Barrancas, daleko ośnieżone szczyty Andów

Wyjeżdżając spomiędzy budynków od razu dostaliśmy solidnym podmuchem po twarzach. Ale jakie szczęście. Dziś wieje w plecy. Zaskakuje nas prędkość, z którą zbliżamy się do Buta Ranquil, gdzie czeka na nas gospodarz z serwisu Warmshowers. Sama jazda, ponieważ mocne podmuchy są wyraźnie odczuwalne. Do miejscowości mamy jedynie 35 km i te trzydzieści pokonujemy w zaskakującym tempie.

Ostatnie 5 to już wspinaczka. Droga zmieniła kierunek i sprzyjający nam wiatr stał się naszym przeciwnikiem. Sto metrów przed nami zatrzymuje się rodzina naszego gospodarza, Marcelo. Dłuższą chwilę musieli zaczekać zanim do nich dojechaliśmy. Cały czas jedziemy z widokiem na ośnieżony wulkan Tromen. To on pokazuje nam kto tu rządzi. Marcelo czeka na nas przy drodze obok nowo wybudowanego szpitala. Prowadzi nas do siebie przez miasto samochodem. Oczywiście on jedzie na pierwszym biegu…

Wulkan Tromen tworzy niesamowity widok w Buta Ranquil, ale też dzieli nas od Chos Malal
Wulkan Tromen tworzy niesamowity widok w Buta Ranquil, ale też dzieli nas od Chos Malal
Nasi uśmiechnięci gospodarze z Buta Ranquil przed wyjściem do pracy
Nasi uśmiechnięci gospodarze z Buta Ranquil przed wyjściem do pracy

Wszyscy wiedzą, że w Patagonii wieje wiatr. To jest oczywiste jak tabliczka mnożenia. My też o tym wiedzieliśmy drogi Czytelniku. Był, jest i jak wyjedziemy też tu będzie. Marcelo mówi, że dziś to całkiem silne podmuchy. Będzie jednak wiało mocniej i konkretniej. Czasem tak, że nie da się wyjść z domu. Jazdę rowerem w takiej sytuacji może przemilczmy.

Czytaliśmy opisy, znaliśmy relacje, ale kiedy stajesz tu i teraz, dopiero rozumiesz. Wieje codziennie. I znów krążą po głowie wątpliwości po co tym rowerem… Dziesiątki rowerzystów, które przewinęły się przez dom Marcelo sugerują nam jednak, że można i pomysł jest do zrealizowania. Ostatnia dwójka wyjechała stąd na południe dwa tygodnie temu.

Kilka kilometrów przed Chos Malal
Kilka kilometrów przed Chos Malal

Marcelo przyjmował rowerzystów nie będąc jeszcze w żadnym serwisie społecznościowym. Po prostu po pracy przejeżdżał koło głównego placu. Jak kogoś spotkał to zabierał do domu. Sam nie jeździ na rowerze, podróżuje po kraju samochodem. W czasie wspólnych posiłków dużo rozmawiamy o naszej drodze, o Argentynie. My opowiadamy trochę o Polsce, a Marcelo dużo o Argentynie. Po cichu zastanawiam się jak wyglądałyby nasze spotkania w Paragwaju z obecną znajomością języka. Tam siedzieliśmy ze słownikiem, tutaj rzadko tam zaglądamy.

Gorący prysznic

Naszym kolejnym kilometrom we właściwej Patagonii towarzyszył jeden bardzo przyjemny aspekt. Puryści wyposażeni w Wikipedię pewnie już zauważyli, że Patagonia zaczyna się za rzeką Rio Grande, a nie Barrancas. Tą również przekroczyliśmy i mam nadzieję, że razem z Tobą możemy się trzymać tego co widzimy na miejscu. Encyklopedyczne definicje przeczytamy w domu. Wracając do przyjemności, bo gdzieś uciekła…

Połowa Ruty 40. Zaraz za Chos Malal na kilometrze 2621 zaznaczono symbolicznie połowę drogi
Połowa Ruty 40. Zaraz za Chos Malal na kilometrze 2621 zaznaczono symbolicznie połowę drogi
Gosia chowa się przed wiatrem za barierką
Gosia chowa się przed wiatrem za barierką

Gorący prysznic… Tak jak codziennego wiatru mogliśmy się spodziewać, tak tygodnia z codziennym ciepłym prysznicem już nie bardzo. Najbardziej zaskoczyła nas gościnność pracowników szkoły w Chorriaca. Miejscowość jest około 80 km za Chos Malal, 90 km przed Las Lajas. Poza tą miejscowością nie było blisko żadnych osad. To nie była zwykła szkoła podstawowa. Na ścianach wisiał alfabet i flaga Mapuche, a same dzieciaki jak się dowiedzieliśmy, mają zajęcia z rdzennego języka tej ziemi. W szkole pracuje dwóch nauczycieli, którzy go uczą. Podręcznika nie ma, jest przekaz ustny, są ćwiczenia. Staramy się wymówić kilka z zapisanych na plakatach słów, paradoksalnie trudna jest wymowa słowa, którego bardzo chcielibyśmy się nauczyć – dziękuję.

W pierwszym momencie dyrektorka szkoły miała niewyraźny wyraz twarzy, gdy przedstawialiśmy prośbę o nocleg. Jak skończyliśmy dwa zdania wypocin, rozpromieniła się i z uśmiechem pokazała nam, którędy mamy wjechać do środka. Dalej to już z górki. Dzieciaki akurat miały meriendę (podwieczorek), więc i my zostaliśmy poczęstowani domowym chlebem, serem, dulce de leche oraz kawą. Dostaliśmy klucze do szkoły i cała była dla nas. A prysznic? No ten był najcieplejszy. Z jakiegoś powodu nie działała zimna woda, więc leciała tylko ta prosto z bojlera…

Szkoła w Chorriaca. Tutaj muzyka jest puszczana z głośników przez cały dzień, a dzieci uczą się języka Mapuche
Szkoła w Chorriaca. Tutaj muzyka jest puszczana z głośników przez cały dzień, a dzieci uczą się języka Mapuche
Suszenie różnych rzeczy jest ważną częścią wyprawowego dnia
Suszenie różnych rzeczy jest ważną częścią wyprawowego dnia

Mając tej nocy dach nad głową i zmotywowani godzinami rozpoczęcia zajęć, wyjeżdżamy rowerami kiedy pierwsze dzieciaki pojawiają się w szkole. Nauczyciele żegnają nas uśmiechem i życzą udanej podróży. Pozytywnie naładowani jesteśmy odporni na poranny chłód i przyjemnie jedzie nam się w promieniach nisko zawieszonego słońca. Nocując w szkołach łatwo jest nam wcześnie ruszyć w drogę. Trudniej zrobić ten sam manewr kiedy namiot i śpiwór wymagają suszenia.

W dobrych humorach dojeżdżamy do Zapali. Tam znów czeka na nas gospodarz z serwisu społecznościowego. Znów spotykamy rodzinę, która naprawdę chce nas poznać. Oprócz ciepłego kąta, wspólnego posiłku i opowieści o Argentynie, padają trudne pytania. To te pytania o Polskę, różnice w naszej kulturze oraz życie w naszej Ojczyźnie.

Staramy się opowiedzieć jak najwięcej, by również cieszyli się z tego spotkania. Łatwo jednak przedstawić wizję Polski czy Europy w krzywym zwierciadle. My pojedziemy dalej, a oni będą już wiedzieli swoje, aż przyjedzie kolejny podróżnik i jeszcze bardziej namiesza. Zawsze staramy się opowiadać o naszym kraju unikając bezpośrednich kwot i przeliczników, które niewiele mówią. Skupiamy się na wyjaśnieniu pojedynczych rzeczy jak poziom bezrobocia, siła waluty na podstawie tego co można kupić w sklepie, lub świadczeń publicznych. Kolejni członkowie rodziny coraz śmielej tłumaczą nam zależności w Argentyńskiej polityce i trudności obecnej sytuacji finansowej.

Pamiątkowe zdjęcie z rodzicami Facundo
Pamiątkowe zdjęcie z rodzicami Facundo
Zaczyna się robić zielono
Zaczyna się robić zielono

Prognozy pogody

Od sympatycznego Facundo musimy wyjechać kolejnego dnia wcześnie rano. Właściwie nie musimy, ale prognozy wiatru w kolejnych dniach i kierunek naszej trasy działa mocno na naszą niekorzyść. Może kiedyś w miejscu gdzie stoją oparte nasze rowery będzie świetny hostel? Mocno tego rodzinie Facundo życzymy.

Pewnie zauważyłeś, że znów wrócił temat wiatru. Cóż zrobić. Nasz przeciwnik jest ważnym graczem w Patagonii. Wiejące od Pacyfiku wiatry wznoszą się po szczytach Andów. Deszcz zostaje po stronie Chile, a rozpędzony zimny wiatr wietrzy pustkowia Patagonii. Czasem sunąc pod wiatr czuję się jakbym stał na stacji metra przy żółtej linii, a obok wjeżdżały pociągi jeden za drugim.

Kondor na tle wulkanu Lanin
Kondor na tle wulkanu Lanin
Okolice Junín de los Andes
Okolice Junín de los Andes

O czym myślisz stojąc na stacji metra? Ja nie wiem, bo w Katowicach transport publiczny miał być prowadzony przy pomocy kolejki linowej, a na metro akurat nikt jeszcze w górniczym terenie nie wpadł. Na mojej stacji metra zastanawiam się ile jeszcze damy radę? Czy do wiatru i deszczu da się przyzwyczaić? Tak będzie przez kilka miesięcy, jaka radość mnie wypełni na wspomnienie tych chwil? Jakie to będzie uczucie jak kiedyś ubiorę dżinsy? Prozaiczne, a czasem bardziej ambitne i skomplikowane. Kiedy my mamy przestrzeń fizyczną, także w głowie robi się trochę więcej miejsca na różnorodne myśli.

Widok z naszego ostatniego noclegu przed Junín de los Andes
Widok z naszego ostatniego noclegu przed Junín de los Andes

Potrzebny długi weekend

Mieliśmy jeden prawie bezwietrzny dzień i wytargaliśmy z niego wszystko co się dało. 133 km drogi pomimo zróżnicowanego terenu dało nam wiele satysfakcji. Mieliśmy też pewność, że na miejsce odpoczynku nie dojedziemy podwójnie zmarnowani. Na nasz długi weekend wybieramy miejscowość Junín de los Andes. W zasadzie to ktoś kiedyś dokonał za nas wyboru. To po prostu ostatnia miejscowość przed granicą z Chile, którą w tym miejscu planujemy przekroczyć. Choć miejscowość słynie z turystyki wędkarskiej, to w tej chwili informują o tym co najwyżej tabliczki ulic w kształcie ryb. Sezon jeszcze tutaj nie dotarł.

Tabliczki: spokój, miłość, magia, radość, śmiać się każdego dnia, żyć z pasją, wierzyć w marzenia, cieszyć się każdą chwilą
Tabliczki: spokój, miłość, magia, radość, śmiać się każdego dnia, żyć z pasją, wierzyć w marzenia, cieszyć się każdą chwilą

Jesteśmy za to my z prostym planem. Chcemy się zregenerować przed przejazdem do Chile i uporządkować parę spraw zanim opuścimy Argentynę. Czyste ubrania też nie są bez znaczenia. W sklepach kupujemy składniki do posiłków, ceny poszły wyraźnie w górę. Już ciężko tutaj powiedzieć czy jest to związane z naszym południowym kierunkiem jazdy czy zależnościami finansowymi. Patrząc na ceny noclegów i bilety wstępu po drugiej stronie granicy, to argentyńska Patagonia może uchodzić jeszcze za tanią.

Via Christi - Jezus kuszony przez diabła
Via Christi – Jezus kuszony przez diabła
Panorama z wysokości Via Christi - Światło Chrystusowe
Panorama z wysokości Via Christi – Światło Chrystusowe

Z wszystkich atrakcji miasta otwarta jest jedna – Via Christi. 23 stacje symbolizują życie, ukrzyżowanie i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. W całość jest wpleciona lokalna kultura plemienia Mapuche oraz problemy współczesnego świata. Pomysł na taką formę powstał w głowie Alejandro Santana. Wcześniej prowadził prace w celu upiększeniu lokalnego kościoła, który odwiedziliśmy już wcześniej. Efekt świetny.

Choć nie rozstajemy się z Argentyną na długo to czujemy pewne podekscytowanie na myśl o wizycie w Chile. Z Argentyną trochę się już zżyliśmy i zaczęliśmy rozumieć część układanki kryjącej się pod błękitno-białą flagą. O tym jak będzie w Chile dopiero się przekonamy. Do przejścia granicznego mamy jeden dzień drogi. Na południe kontynentu, jeszcze wiele takich pojedynczych dni. Mamy nadzieję, że będziesz z nami.

Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

8 komentarzy

  1. Miło przeczytać kolejną porcję przygody. Życzę Wam dalszych dobrych spotkań.
    Niecierpliwie czekamy na dalsze wpisy i zdjęcia, jest to bardzo inspirujące – dodatkowym ich smaczkiem jest ten osobisty kontekst, przemyślenia które na pewno skrystalizują się w głowach. Powodzenia w dalszej drodze:)

    • Dziękujemy. Mamy dużo czasu na przemyślenia i informację zalewają nas ostatnio z każdej strony. Mamy nadzieję, że na bieżąco jesteśmy w stanie przekazać trochę Ameryki Południowej i naszej podróży. Będziemy ją jeszcze wielokrotnie odkrywać czytając nasz notes 😉

    • Bardzo się cieszymy jeśli te teksty i zdjęcia dają tak dużo. Warto pisać dalej i dokumentować podróż.

  2. Nie dajcie się wiatrowi! U nas na Śląsku końcówka złotej polskiej jesieni:) czekam na kolejne Wasze wpisy i zdjecia

    • Nie damy się. Póki będzie można, będziemy jechać dalej i cieszyć się przygodą. My mamy ochotę na jesień w tej okolicy gdzie dziś jesteśmy za… pół roku 😉

Napisz komentarz