Z łódki wyciągany osiem rowerów, szczęśliwie wychodzi na zewnątrz tyle samo cyklistów. Rejs przez jezioro O’Higgins małą łódką zapewnił nam trochę przeżyć. Na brzegu oddychamy z ulgą i odbieramy chilijską pieczątkę. Słyszymy “powodzenia” i ruszamy w stronę Argentyny.

Kilka miesięcy temu wpadł nam w ręce post na temat przejścia granicznego z Villa O’Higgins do El Chaltén. Przeprawa przez to ucho igielne ma typowo turystyczny charakter i chyba tylko z tego powodu jest utrzymywana. Przejść można tylko na trzy sposoby: pieszo, rowerem, konno. Słowo przejść ma tutaj kluczowe znaczenie…

Wyobraź sobie jeden z beskidzkich szlaków. Kamienista ścieżka, trochę szutru, kilka głębszych strumieni, pole błota i wąskie przesmyki zarośnięte krzakami. A teraz zamiast plecaka masz obładowany rower. Zapraszam na szlak. Opinii o przejściu jest tyle samo co rowerzystów. Drogo, za dużo trudności, niepewny rozkład promów, najpiękniejszy odcinek Carretera Austral i satysfakcja z przekroczenia specyficznej granicy. Przepychając rowery przez kolejny strumień nie umiałem zrozumieć czemu nikt nie policzył liczby przeszkód na trasie. W końcu sam przestaję liczyć. Ściągam sakwy i przenoszę rowery na drugą stronę. Czasem udaje się suchą stopą, innym razem brodzę po kolana. Czasem udaje się wepchnąć rower samemu, a czasem pchamy w trójkę. Szlak przygody scala francusko-polską drużynę.

Rowerowy parking na przejściu granicznym w Chile
Rowerowy parking na przejściu granicznym w Chile
Pierwszy widok na Fitz Roy. Gosia krzyczy "WOW"!
Pierwszy widok na Fitz Roy. Gosia krzyczy “WOW”!
Jedna z przepraw. Tym razem udało się suchą stopą
Jedna z przepraw. Tym razem udało się suchą stopą

Udało się, jest prom! Nikt z nas jednak do niego nie biegnie. Macham tylko na pożegnanie Emanuel’owi. Pierwszy widok na Fitz Roy kilka godzin wcześniej zmienił nasze plany. Zamiast śpieszyć się do El Chaltén zostajemy po północnej stronie jeziora Lago del Desierto. Rozstawiamy namiot i wpatrujemy się w górę. Jest magiczna. Czuję jakbyśmy znali się od dawna, a widziałem ją wcześniej w logo firmy odzieżowej, której nie mam ani jednej sztuki. Długie popołudnie nad jeziorem w szerszym gronie też należało do udanych. Wyobraź sobie, że Francuzi wzięli na tą przeprawę butelkę wina. Wędkę wiozą od dłuższego czasu. Dzięki temu rzadziej jedzą makaron.

Fitz Roy widoczny z północnej strony Lago del Desierto
Fitz Roy widoczny z północnej strony Lago del Desierto
Gosia łowi pierwszą rybę w życiu
Gosia łowi pierwszą rybę w życiu

Późne połączenie promowe i kolejny piknik z Francuzami sprawiają, że do El Chaltén docieramy późno. Na głównej ulicy spaceruje mnóstwo turystów. Łatwo poznać po kolorowych puchowych kurtkach. Szybko rzuca mi się w oczy specyficzny klimat miasteczka. Po ominięciu następnego pubu stwierdzam, że tutaj łatwiej wypić piwo niż znaleźć przewodnika lub wypożyczyć sprzęt. Nieważne, ani jednego, ani drugiego, nie szukamy.

W góry nie możemy ruszyć od razu, ponieważ do miasta wjechałem z gorączką. Staram się przekonać organizm, że prognoza zapowiada ładne dni u góry. Nie wiem czy to siła autosugestii, ale po dniu odpoczynku ruszamy z plecakami w górę. W planie mamy dwa kempingi, dwa wschody słońca i zejście z głównych szlaków. Możemy to spokojnie zrobić ze względu na rejestrację w siedzibie parku narodowego.

Wyjazd z miasta El Chaltén z widokiem na Fitz Roy
Wyjazd z miasta El Chaltén z widokiem na Fitz Roy

Trekking opisaliśmy w osobnym wpisie – “Fitz Roy, Cerro Torre i Perito Moreno – tyle atrakcji w jednym parku”

Wiatr w plecy

Schodzimy prosto na spotkanie znajomych ze studiów Gosi. Niesamowite, ale udało nam się idealnie zgrać z napiętym planem ich urlopu. Wieczór po Polsku i ich serdeczne uściski dają nam siłę na dalszą podróż.

Z El Chaltén wyjeżdżamy z przyjacielem. Przynajmniej na najbliższe 70 km wiatr nas wspiera. Czujemy się niepotrzebni. Zostawiając za sobą majestatyczny widok na Fitz Roy i Cerro Torre, mkniemy z kosmiczną prędkością. No zgoda, na orbitę byśmy nie wylecieli, ale pedałować w zasadzie nie musimy. Czasem nawet kończy się zakres naszych przełożeń. Czy widziałeś, żeby na obciążonym rowerze jechać ponad 40 km/h? Tak było gdy ledwo udało mi się wyminąć pancernika. Obyło się bez ofiar.

Kosmiczne chmury w drodze do El Calafate
Kosmiczne chmury w drodze do El Calafate
Lodowiec Perito Moreno...
Lodowiec Perito Moreno…

Oszczędzę Ci opisu tego samego wiatru gdy skręciliśmy ostro w prawo i zwolniliśmy… Nie mieliśmy nic lepszego do roboty niż dojechać w dwa dni do El Calafate. Skręcamy na pierwszy kemping, w środku wszyscy znajomi z El Chaltén. Czego dalej szukać? Zostajemy. Obowiązkowe punkty na mapie sprawiają, że nasza trasa jest przewidywalna. Żegnamy się, by spotkać się gdzieś ponownie.

Wycieczkę na lodowiec Perito Moreno opisaliśmy w osobnym wpisie – “Fitz Roy, Cerro Torre i Perito Moreno – tyle atrakcji w jednym parku”

Proces przygotowywania słodyczy w El Calafate
Proces przygotowywania słodyczy w El Calafate

Centrum El Calafate jest gotowe na turystów z platynową kartą kredytową. Sprzęt turystyczny, biżuteria i posrebrzane mate. Wszystko czego potrzebujesz, by wybrać się na wycieczkę na lodowiec. Jest też rzemieślnicza czekolada, dużo czekolady… My szukamy najstarszej czekoladziarni w mieście. Jest! Wchodzimy. Buenas tardes! Państwo od razu nas rozpoznają. Widzieliśmy się w sierpniu w okolicy Cafayate. Częstują nas czekoladkami i pokazują proces produkcji. Wszystko gotowe na święta. My też zarezerwowaliśmy miejsce na ten czas, nie będziemy spać przy drodze.

Aplikacja

Przez pół roku jechaliśmy tylko z mapą w telefonie. Z niej i informacji od ludzi, wyciągaliśmy wnioski o źródłach wody i potencjalnych miejscach noclegu. Nic jednak nie było pewne, ponieważ tylko inny rowerzysta powie Ci prawdę o potencjalnym miejscu kempingowym. W Villa O’Higgins usłyszeliśmy – Nie używacie iOverlander? No i się zaczęło…

Proces czytania mapy stał się krótszy. Już wcześniej wiemy czego się spodziewać na miejscu. Kolejne punkty i pogoda wyznaczają nasz dzienny dystans. Do Rio Gallegos docieramy wieczorem zaskakując Carlosa. Chyba nie wierzył w nasze deklaracje, gdy pisaliśmy, że 300 km chcemy pokonać w dwa dni. Czasem wiatr pomoże, a czasem trzeba siedzieć swoje. Siedząc swoje w siodełku wjeżdżamy dwupasmówką do miasta. 96000 obywateli? No takiej “metropolii” to się tu nie spodziewaliśmy. A przed nami jeszcze dwa podobnej wielkości miasta.

Punkt widokowy idealnie nadaje się na drugie śniadanie
Punkt widokowy idealnie nadaje się na drugie śniadanie
Pierwszy znak na Ushuaia. Czekamy na niego od 2000 km
Pierwszy znak na Ushuaia. Czekamy na niego od 2000 km

Carlos dzień wcześniej nie reklamował nam specjalnie miejscowości. Przyjechał tutaj do pracy z Misiones. W Rio Gallegos nie ma ani przemysłu, ani turystyki. – To jest po prostu stolica prowincji Santa Cruz – mówi Carlos. – Stąd jest też najbliżej na Malwiny, tylko 500 km.

Namawia nas na spotkanie po jego pracy kolejnego dnia. Teraz dodam, że w mieście zapomnieli wybudować chodników. Nie, jednak są. Tylko na wysokości każdej posesji w innym miejscu. Budzi to skojarzenie z polskimi cmentarzami. W tym mieście coś nie działa, nowe samochody parkują na kruszących się podjazdach, drogi są dziurawe, a atmosfera jakaś taka niespokojna. Docieramy już sami nad rzekę. Michał zawracamy, wieje grozą, nie podoba mi się – pogania mnie Gosia. Smutne miasto, pierwsze takie w Argentynie. Szkoda. Przepraszam jeśli źle oceniłem.

Porażka

Wstaliśmy rano po 5 by sprawnie ruszyć i w w miarę korzystnych warunkach dojechać do bezpiecznego miejsca postojowego. Przed południem zatrzymuje nas granica. Czekamy w kolejce na granicy argentyńsko-chilijskiej za Rio Gallegos. Pierwszy raz zdarzyło się spędzić na granicy ponad półtorej godziny. Oprócz nas ponad sto osób. Wiatr powoli się rozpędza za oknami kiedy my w wężyku zmierzamy po upragnione pieczątki. W końcu przechodzimy wszystkie kontrole i ruszamy spod osłon budynków. Od razu zabiera nas wiatr.

Kolejne 10 kilometrów pokonujemy w oka mgnieniu. Podmuchy są tak silne, że musimy uważać, by nie wypchnęły nas w kierunku środka drogi, ale ustawiając odpowiednio plecy, po prostu żeglujemy. To prawdziwe szaleństwo. Co jakiś czas zaciskam klamki hamulców by zwolnić i nie utracić kontroli na niewielkich zjazdach. Czuję się jakby ktoś postawił za mną wielki wirnik i dodatkowo czasem włączał dodatkowy podmuch turbodoładowania.

Gosia idzie z rowerem zaciskając zęby na wiatr
Gosia idzie z rowerem zaciskając zęby na wiatr

Droga zmienia kierunek. Kolejne 3 km walczymy. Kolejne kilka już idziemy. Nie ma mowy o jeździe. Czasem wsiadamy i próbujemy podjechać kilkadziesiąt metrów, ale boimy się ryzykować lądowaniem pod kołami samochodu. Wiem, że nie zwolnią. Patrzę na licznik, za jakieś 3 godzinny powinniśmy dopchać rowery do schronu. Nie jest najgorzej choć z takim wiatrem nie ruszymy nigdzie także jutro. Trudno, pchamy dalej. Do końca świata już tylko 500 km.

Obok przejeżdża kolejna ciężarówka. Zwalnia i włącza światła awaryjne, ustawiając cały zestaw na poboczu. Kierowca wyskakuje z szoferki i otwiera jedne z drzwi prowadzące do pustej paki. Pokazuje by podać mu rowery. Nie jesteśmy w stanie unieść naszych olbrzymów nawet w dwójkę, a może byłem po prostu zbyt zmęczony. W każdym razie po chwili nasze rzeczy są względnie umocowane, a my siedzimy w szoferce. Uśmiecham się do kierowcy za jego gest, choć w środku coś pękło. Tak jak szprycha, którą wymieniałem w Rio Gallegos…

Kiedy więc dopływa mój prom i wlewam się na jego pokład w anonimowym tłumie podobnych mi ludzi, wcale nie czuję się anonimową cząstką tego tłumu. Jestem bowiem przekonany, że moja podróż jest wyjątkowa, a ukąszenia powiewów wiejącego z południa wiatru tylko mnie w tym utwierdzają, drżąc z zimna, całą swoją uwagę skupiam na ciemnozielonej wodzie, która wlewa się do cieśniny. I choć jestem spętany jak wszyscy tutaj rozkładami jazdy, pojemnością autobusów, wizami, kursami walut, godzę się na to wszystko, napędzany nadzieją, że to właśnie ja dotrę z tej tłuszczy najdalej.
— “Ortodroma” Mateusz Janiszewski

Jeszcze rano mijaliśmy drogowskaz na Ushuaia. Niecałe 600 km do końca świata. Aż do teraz przejechaliśmy wszystko własnymi siłami. Niewiele brakowało, a podróż rowerowa zakończyłaby się już w Boliwii. Czasem szliśmy obok, ale nie wypuściliśmy kierownicy z rąk. Teraz jesteśmy tutaj. Teraz rowery są gdzieś same, za plecami, a my wjeżdżamy na Ziemię Ognistą w szoferce ciężarówki i czasem tylko słyszymy gwiżdżący wiatr gdzieś nad nami. W środku trwa miła rozmowa…

Przeprawa na Ziemię Ognistą
Przeprawa na Ziemię Ognistą

Gosia cieszy się, że nie musieliśmy prowadzić bezsensownego wysiłku i utknąć w schronie w oczekiwaniu na lżejszy wiatr. To dobrze, tą radością będziemy się dzielić. Zresztą takiej przysługi się podobno nie odmawia. Nie w Patagonii. Ja jeszcze wiele razy usłyszę, że to było rozsądne. A czy wyjazd w wielomiesięczną podróż jest rozsądny? To było marzenie, a to mniejsze sportowe, po prostu się nie spełni. Po wielu tysiącach kilometrów nie będzie “kropki nad i”, dość sportowych celów. Tego dnia minęło dokładnie pół roku od kiedy opuściliśmy Polskę.

Ocean Atlantycki w Rio Grande
Ocean Atlantycki w Rio Grande

Piekarnia

Na ostatniej granicy przed Ushuaia w schronie jesteśmy w siódemkę. Czterech Polaków poznaliśmy w El Chaltén, są na wakacjach. Belga poznaliśmy przed chwilą. Wszyscy mamy jeden plan. Jutro wstać wcześnie, dojechać do Rio Grande, przeczekamy jeden dzień wiatru i dalej. Prawda, że proste? Teraz tylko wykonać. Potem jeszcze Tolhuin i… nie zapeszajmy…

W Tolhuin jest piekarnia. Też mi odkrycie, powiesz. U mnie za rogiem też jest. Jeśli nie wiesz o co chodzi, to pewnie nie planowałeś podróży do Ameryki Południowej, bo ta piekarnia ma renomę światową. Może nie ma tu najlepszych na świecie wypieków, ale są ludzie z sercem otwartym na rowerzystów. Na zapleczu czeka pokój z łóżkami, a obok jest ciepły prysznic. Nikt o nic nie pyta. Skoro jesteś rowerzystą to oczywiste, że potrzebujesz odpocząć. Nikt nie pyta na jak długo, wszyscy się zmieszczą.

Piekarnia "La Union" w Tolhuin
Piekarnia “La Union” w Tolhuin
Wspólne śniadanie. Niektórzy jeszcze śpią
Wspólne śniadanie. Niektórzy jeszcze śpią

Taki dzień jak ten. Tolhuin to esencja naszej podróży. Zdążyliśmy już wchłonąć empanady i drożdżówki, gdy dojeżdżają kolejni cykliści. Z jednymi wpadamy sobie w objęcia. Widzieliśmy się tygodnie temu. Innych widzimy pierwszy raz, ale pewnie nie ostatni, bo jadą na północ. Z wesołą gromadą spędzamy czas do późnych godzin nocnych. Puszczam w obieg mate. Niektórzy jeszcze nie znają. Dopiero ruszyli z Ushuaia, choć ich historia jest znacznie dłuższa. Jadą naokoło świata. W różnym stylu, z własną historią.

Na ścianach pokoju są podpisy rowerzystów, którzy tutaj byli. Szybko odnajduję Seweryna oraz Agnieszkę i Mateusza. – To nasi znajomi – pokazuję. Mateusz przeszedł niedawno samotnie pustynię Gobi. Pierwszy na świecie. 1800 km. – Loco (szalony) – słyszę. Czy ja wiem. Aga i Mateusz też kiedyś tutaj byli. To też było szalone.

Punkt widokowy Paso Gariba
Punkt widokowy Paso Gariba

Fin del Mundo

Z Tolhuin zostało 100 km z kawałkiem i nie jest to nudna droga. Strumienie i liczne miejsca pod namiot trochę odbiegają od rzeczywistości, do której się przyzwyczailiśmy. Podjazdy i punktu widokowe nadają sens wysiłkowi, który musimy wykonać ostatniego dnia. Decydujemy się dojechać do Ushuaia jeszcze dziś. Dzień jak każdy inny, ale dla nas ma zakończyć pewien etap. Podobno dalej na południe się już nie da…

Mijamy drewnianą bramę na wyjeździe do miasta i z pozdrowieniem policjanta skręcamy na drogę wzdłuż wybrzeża. Może to wydawać Ci się to śmieszne, ale silny wiatr nas zaskoczył. Nieważne, jeszcze tylko 5-6 km. Ruszamy z kolejnych świateł. Kurz wpada za okulary i obija się o osłonięte kończyny. Omijamy dziury w drodze, włóczące się psy i uważamy na wyprzedzające nas samochody. Wszystkiego jest za dużo.

Przemysłowe nadbrzeże Ushuaia
Przemysłowe nadbrzeże Ushuaia

W drodze na koniec świata nie ma żadnego romantyzmu, nie prowadzi tutaj czerwona ścieżka rowerowa, nie ma kierunkowskazów na latarniach. Jest zgiełk portu towarowego, stosy kontenerów zasłaniających Atlantyk i skrzyżowania ze światłami co chwilę przerywającymi naszą drogę.

Fin del Mundo - 8300 km podróży
Fin del Mundo – 8300 km podróży

Nie jedziemy tutaj tydzień czy miesiąc. Droga zajęła nam pół roku. Pięć miesięcy temu cała wyprawa rowerowa stała pod znakiem zapytania. Kontuzje nie pozwalały nam spokojnie przejechać kilkusetmetrowych przewyższeń. Dziś jedziemy po swoje. Mało nas obchodzi to co dzieje się obok. Zatrzymujemy się przy tablicy Fin del Mundo. Rozkładamy statyw, robimy zdjęcie i odjeżdżamy pod supermarket. Po prostu, nic się nie zmieniło, teraz trzeba zrobić zakupy.

Jeśli o mnie idzie, to trawiony jestem wiecznotrwałą tęsknotą za tym, co dalekie.
— “Moby Dick” Herman Melville

Ostrzegałem, że na końcu świata nie ma romantyzmu. Chyba ważniejsze było dla nas na przykład spotkanie w Tolhuin niż kawałek drewnianej tablicy. A jednak nie wyobrażamy sobie, byśmy mogli nie dotknąć tej tablicy. Następnego dnia przychodzimy znowu, znów robimy zdjęcie, znów mamy ten ułamek chwili dla siebie. Jest coś magicznego w takich miejscach. Kiedyś Nordkapp wywrócił moje życie, odnalazłem siebie na nowo. Co zrobi z nami Ushuaia? Może nic nie zrobi. Może po prostu wskazuje nowy kierunek, bo na południe przecież rowerem już się nie da…

Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

19 komentarzy

  1. Świetny artykuł. Moja wyobraźnia działa, dzięki temu mogłam być z Wami na końcu świata. (Cieszyłam się z Gosią z jazdy Tirem.) Los Wam sprzyja. Trzymamy kciuki za dalej.

    • Cieszę się, że udało się przekazać część z tych emocji. Mamy dużo szczęścia. Mamy nadzieję, że w 2019 będzie go jeszcze więcej 😉

    • Na chwilę nie mierzymy “daleko”. Chcemy zdjąć kaganiec rezerwacji w Torres del Paine, a potem na spokojnie wrócić do El Bolsón i Bariloche. W głowie chyba też ten najtrudniejszy cel. Gdyby udało się na chwilę zwolnić…

  2. Czytając można poczuć całą gamę różnych (Waszych) emocji. Może Koniec Świata nie jest bardzo romantyczny ale magiczny na pewno. No właśnie: “bo na południe przecież rowerem już się nie da…” 😉 Pozdrowienia

    • Magia miejsca jest bez wątpienia. Jest to jednak wyizolowane miasto, a jednak ważne miejsce dla przemysłu i turystyki. Tydzień w Ushuaia był bardzo udany, choć nie wiem czy kiedyś skusimy się na powrót 😉
      Cieszę się, że dostrzegasz różne emocje. Jest tego dużo.

  3. Sygnałem, że pojawił się nowy artykuł są mokre oczy taty. Jesteśmy zawsze z Wami i bardzo cieszymy się, gdy spotykacie życzliwych ludzi oraz możecie oglądać tak fascynujące, magiczne widoki. Bezpiecznej dalszej podróży.

    • 😉
      Przekładamy bardzo dużą wagę do bezpieczeństwa. Na tych rowerach chcemy wrócić do domu, choć samolot może się gdzie przydać…

    • Wszyscy nam tutaj mówią, że jesteśmy wielcy, choć oni używają słowa “wysocy” 😉
      Dzięki za słowa uznania pod artykułem. To naprawdę miło czytać i chce się pisać i pisać…

  4. Ktoś kiedyś z naszych kolegów na polsl twierdził, że na końcu świata jest kondensator. Znaleźliście jakiś? 😉
    To teraz pora na następny cel. Tymczasem – oklaski i pozdrowienia!

    • Hmm, czyli to jednak nie był koniec… To jednak kiedyś wrócę poszukać dokładniej. Wierzę w tą teorię, a przy okazji będzie można wciągnąć empanady i drożdżówki w Tolhuin. Ktoś chce się zabrać?

      Dzięki, jesteśmy szczęśliwi. Wracamy do domu… rowerem… dopóki da rade jechać…

  5. dzięki za wielki kawał wrażeń!
    przyjaźń polsko- francuska- to cieszy:)! razem łatwiej pokonuje się przeszkody…
    jeśli chodzi o nieplanowaną podwózkę autem to…też byłabym bardziej “rozsądna niż romantyczna”- to co robicie i tak jest wielkie sportowo! chapeau bas:)

    • Sportowe nie jest to jak zaczynamy wchodzić do sklepu i patrzymy na wartość kalorii na opakowaniu… i potem kupujemy to co ma więcej :p

      Bardzo się cieszę, że się podobało. Zapraszamy znów, choć redakcja musi się trochę przeorganizować.

Napisz komentarz