Na początku zawsze wjeżdża rosół. W końcu jesteś na polskim weselu. Pod kościołem upał był już tak dotkliwy, że chowałeś się z gośćmi pod ścianą. Potem jakoś wskoczyłeś do klimatyzowanego auta i jesteś przy stole. Chcesz wytrzymać w marynarce do tańca. Pierwsza łyżka zupy nie robi na Tobie wrażenia. Odważnie bierzesz drugą. To był błąd. Duża kropla potu spływa Ci po plecach, a kilka kolejnych ozdabia twarz. Teraz zrozumiesz jak będę Ci opisywał nasze śniadanie.

Upał

Siedzimy na plastikowych krzesłach przy restauracji naszych gospodarzy. Do dużego miasta Neiva mamy kilkanaście kilometrów. To nie będzie długi dzień. Obok na palniku bulgocze owsianka. W międzyczasie Gosia zaparza kawę, bez której nie umiemy zacząć dnia. Śniadanie jak zwykle, ale nie jesteśmy przygotowani na dziś. Czy buchający pod papką płomień to rzeczywiście najlepsze narzędzie, którego należy użyć w tych warunkach? Wydaje się, że to on podgrzewa całą atmosferę i pcha słupek rtęci niemiłosiernie ku górze.

Gaszę palnik. Idziemy jeszcze na chwilę oporządzić sprawy związane z naszym obozowiskiem. Nasi gospodarze wołają, żebyśmy podeszli po kawę. Świetnie, będziemy mieć dwie! Kiedy wracamy z kubkami do naszej owsianki nabieramy się, że możemy zacząć śniadanie. Pierwsza łyżka, druga i wtedy przypominam sobie upalny lipcowy dzień, garnitur, wesele.

Rowerzyści

„A la izquierda!”. Słyszymy nagle z tyłu, a po chwili mija nas rozpędzony peleton kolarzy zmierzających w stronę Neiva. Oni chyba zdążą przed upadłem. Dopiero ósma rano. Jeszcze przez chwilę myślimy, że był to przypadkowy widok zabłąkanej drużyny kolarskiej i akurat mieliśmy szczęście taki obrazek zobaczyć. Chwilę później mijają nas kolejni rowerzyści w najróżniejszych konfiguracjach. Po dwóch, po sześciu, po dziesięciu i po dwudziestu pięciu. Tak z głowy mówię, bo oczywiście nie nadążam liczyć. To nasze pierwsze spotkanie z kolarskim kultem.

Rowerzyści przed sklepem na przedmieściach miasta Neiva
Rowerzyści przed sklepem na przedmieściach miasta Neiva

Dojeżdżamy na przedmieścia miasta. Mijamy mały supermarket otoczony płotem z placem parkingowym na około 20 samochodów. Nic szczególnego, gdyby nie to, że wszędzie oparte są rowery. Nie pojedynczo. Tak po kilka rowerów szosowych lub górskich ustawionych jeden przy drugim. Na schodkach siedzą kolarze w różnym wieku, od młodych wilków do seniorów. Mniejszy rozstrzał jest wśród rowerów. Nie znam się na szosowym światku, ale widzę tylko sprzęt dobrej lub bardzo dobrej klasy. Niejedna szosa robi na mnie wrażenie i sugeruje zastosowanie najnowszych technologii. Nie widziałem jeszcze takich modeli opuszczając Polskę.

Skręcamy na plac, bo bardzo chcę zrobić zdjęcie tej grupie. Jeszcze nie wiem czy mam do czynienia ze zjawiskiem, czy z grupą ludzi o wspólnych zainteresowaniach, których uzbierało się sporo w dużym mieście. Skoro wyciągam aparat to zaczyna się też rozmowa, nasze rowery zajmują miejsce przy płocie, a my siadamy między kolarzami. Dobrze, że nie ma wstydu i po takim kawałku Andów nasze łydki też jakoś wyglądają. Ze strojami już trochę gorzej. Podchodzi do nas kolarz z kategorii senior i pyta czemu nie jeździmy w kostiumach kolarskich. Jednocześnie skubie swoje obcisłe spodenki, żebyśmy na pewno zrozumieli o co mu chodzi. Nie udaje nam się go przekonać, że w warunkach ograniczonej higieny i wielomiesięcznej podróży zwykłe spodenki sprawdzają się lepiej. Łatwiej nam dostosować się do rożnych warunków pogodowych, bo jeździmy codziennie. Dzień kończymy pod namiotem, a nie prysznicem. Chyba nie daje nam wiary. Wiadomo, lycra najlepsza. Też na jego rower nie wsiadłbym w niczym innym.

Kiedy wprowadzamy nasze rowery do jednego z mieszkań, jeszcze nie zdajemy sobie sprawy jakim błogosławieństwem jest wentylator w pokoju. Mama Jersona, który zaprosił nas do siebie, od razu włącza urządzenie. Śmigło kręci się non stop, aż do naszego wyjazdu. Nikt nie ma o to pretensji. Taki wentylator znajduje się w każdym pokoju. Pracują wszystkie. Betonowa struktura miasta wzmacnia uczucie gorąca. Nasza gospodyni idzie pod prysznic już trzeci raz, my robimy podobnie, za każdym razem ciesząc się z odbijającego się od ciała strumienia zimnej wody. Prysznic to jedyne miejsce gdzie organizm otrzymuje ulgę. Po kilku minutach trzeba jednak wyjść.

Takie znaki to nawet na pustynię potrafią zaciągnąć. Szkoda, że miejsce było zamknięte
Takie znaki to nawet na pustynię potrafią zaciągnąć. Szkoda, że miejsce było zamknięte
Cień takiego drzewa wydaje się być bezcenny
Cień takiego drzewa wydaje się być bezcenny

Rozmawiamy z sąsiadami. Na naszych czołach malują przysłowiowy krzyżyk na drogę. – Na pustyni Tatacoa jest jeszcze goręcej niż tutaj – mówią. My pocieszamy się, że przynajmniej jest płasko i żaden turysta stamtąd jeszcze nie wyparował. Nie słyszeliśmy. Niemniej kolejnego dnia staramy się wstać jak najwcześniej, by korzystając z niższej temperatury o poranku, jak najszybciej opuścić żarzący się beton miasta. Wielokilometrową ścieżką rowerową wyjeżdżamy za przedmieścia.

Pustynia

Przystanek robimy w wiosce Polonia. Powód oczywisty, fajnie byłoby zrobić sobie zdjęcie ze znakiem odnoszącym się do Polski pośrodku Kolumbii. Niestety, tabliczki brak, a jedyna wzmianka o nazwie znajduje się na reklamie lodów przy sklepie. Dobre i to. W taki upał nie pogardzimy lodami i litrem gaseosy [słodki napój gazowany]. Nie śpieszymy się korzystając z dużej płachty tworzącej cień nad kilkoma stolikami przy sklepie. Nie wygania nas nawet durnowata telenowela. Sam obraz mógłbym zignorować, ale do moich uszu docierają zdania, które rozumiem. Czyli nauka języków ma jednak wady!

Chętni mogą spędzić na spacerze pomiędzy tymi formami kilka godzin
Chętni mogą spędzić na spacerze pomiędzy tymi formami kilka godzin

Od kilkunastu kilometrów poruszamy się księżycowym krajobrazem pustyni Tatacoa. Jeśli na księżycu też jest tak gorąco to Neil Armstrong musiał tam zabrać ze sobą dużo wody. No chyba, że kręcili te sceny w Hollywood, to wtedy może coś zimnego za ćwierćdolarówkę wyskoczyło z czerwonego automatu. My dwie puszki kolumbijskiego gazowanego wynalazku kupujemy na punkcie widokowym. Worek lodu, który przesuwany po naszych ciałach szybko zmienia stan skupienia. Zachwycający widok różnorodnych form skalnych można poznać głębiej wybierając się na kilkugodzinny trekking po wyznaczonym szlaku. To na pewno ciekawa opcja. W plecaku przyda nam się tylko kilka rzeczy: nakrycie głowy, krem z filtrem, okulary przeciwsłoneczne i kilka litrów wody.

Z naszego postoju widać już obserwatorium astronomiczne, do którego będziemy chcieli dziś wrócić, ale najpierw poszukamy miejsca na nocleg. Spanie na dziko na pustyni Tatacoa jest nielegalne, mimo to niektórzy to robią. My wybieramy pole namiotowe, gdzie miejsca okryte są półcieniem, a kilka metrów obok znajduje się basen. No dobra, sadzawka. Tylko kto o zdrowych zmysłach chciałby zrobić tu kilka długości kraulem skoro nawet z basenowego prysznica leci ciepła woda, a spacer na bosaka wokół basenu grozi poparzeniem stóp. Po co tu przyjechaliśmy?!

Po przedłużającej się wizycie na basenie i napełnieniu brzucha, pojechaliśmy rowerami do obserwatorium. Skoro tyle piszę o tych Celsjuszach to nadmienię, że temperatura była już znośna. Powietrze znacznie bardziej przychylne naszym organizmom. Chyba beton w Neiva miał znacznie, a też lekki ruch powietrza po płaskiej powierzchni pustyni pomógł. Zaparkowaliśmy rowery, kupiliśmy bilet i usiedliśmy w plastikowych ogrodowych siedzeniach zadzierając szyję wysoko w górę.

Wschód księżyca
Wschód księżyca
Pustynia Tatacoa o poranku
Pustynia Tatacoa o poranku
Podczas pierwszych kilometrów towarzyszy nam jeszcze chłodny powiew
Podczas pierwszych kilometrów towarzyszy nam jeszcze chłodny powiew

Po godzinie siedem kręgów szyjnych przypomina o swoim istnieniu. Ciężko pracowały kiedy my wypatrywaliśmy gwiazd, konstelacji i satelit. Obserwując niebo mniej więcej z równika mieliśmy możliwość patrzeć jednocześnie na północną i południową stronę niebieskiego sklepienia. Powoli wszystkie te obiekty znikają z nieboskłonu, ponieważ gwiazda dzisiejszego wieczoru jest tylko jedna. Ze wschodu wyłania się księżyc. W kilka minut możemy dostrzec jego pełnię nad horyzontem. Przez teleskop obserwujemy serowatą powierzchnię. Duże powiększenie powinno pozwolić dostrzec odcisk stopy Armstronga tak jak dziś oglądamy nasze samochody na mapach Google. Nie widziałem śladu. Może wylądowali z drugiej strony. Przecież na pewno tam był…

Emocja

Dzień rozpoczynamy nieprzyzwoicie wcześnie. Oprócz nas na taki krok zdecydowało się jeszcze kilka innych osób na kempingu. Ktoś wypożycza rower, ktoś idzie pieszo pomiędzy skalne formy. Lepiej wcześniej niż później. Nim słońce skróci cień do kilku centymetrów, każdy chce zrealizować większość planu. Początkowo mija nas jeszcze kilka tuktuków, które tutaj wożą turystów, ale po kilku kilometrach droga jest już tylko nasza. Z wschodniej strony mało osób wjeżdża na pustynię, droga prowadzi naokoło, a kolejne kempingi świecą pustkami. Wzdłuż trasy nadal są doliny o pięknych nazwach, np. Valle de las Constelaciones [Dolina Gwiazdozbiorów]. Niemniej teraz rozkoszujemy się już tylko jazdą po pustkowiu. Im bliżej południa tym księżycowy krajobraz mniej atrakcyjny.

Kątem oka zauważam go. Jest czarny i idealnie wpasowuje się w cień wysokiego kaktusa, przed którym stoi. Cień nie jest szeroki, ale on już dużo nie potrzebuje. Nie wiadomo jak długo już tutaj stoi. Nie spytam ile dni już nie jadł, nie dowiem się ile nie pił. Przecież nie odpowie. Wiem, że tutaj zostanie. Kiedyś był koniem, dziś stał się wizerunkiem śmierci. Co mogę z tym obrazem zrobić? Może jest tu jakieś gospodarstwo, może ktoś go szukał, może przygarnie. Jeśli na pustyni to zbyt duże życzenie, to niech go chociaż zastrzeli…

Basen

Okazuje się, że dwadzieścia kilometrów dalej jest jakaś cywilizacja. Wjeżdżamy na lokalną drogę, która prowadzi nas do pobliskiej wioski. Przez kraty Pani sprzedaje nam butelkę Coke-Coli. Pani nie zamyka się przed nami, po prostu tak prowadzi biznes. Pokazuję sprzedawczyni puste butelki i filtr do wody. Na szczęście udaje mi się ją przekonać, by wpuściła mnie do środka i pozwoliła sobie przefiltrować wodę w jej łazience. W środku jest jeszcze dwóch mężczyzn, prawdopodobnie ojciec i dwudziestokilku letni syn. Obecnie ich odpowiedzialnością jest utrzymanie pozycji półleżącej w fotelach wyplecionych z plastikowej linki. Podobne pamiętam z paragwajskiego Chaco.

Baldachim nad drogą
Baldachim nad drogą
Nasz Kolumbijski basen
Nasz Kolumbijski basen

– Michał, a zatrzymamy się na jakiś nocleg z basenem? Widziałam kilka takich miejsc w iOverlander – pyta mnie Gosia głosem nie oczekującym sprzeciwu. W końcu nie na darmo studiowała swoją ulubioną aplikację, gdzie włóczędzy tacy jak my wymieniają się miejscówkami. Pomyślisz, że minutę temu czytałeś o basenie. Dla Ciebie minuta, a Ziemia już robi drugi obrót.

Przy drodze szyld z napisem „na sprzedaż” i numerem telefonu. Pod szyldem działa jeszcze restauracja, a w dole jest duży basen. Nie pojawia się przed nami zupa, gdy Gosia już jest po oględzinach domku, w którym możemy spędzić dzisiejszy dzień. Do wyboru mamy kolejny basen za trzy godziny jazdy, albo pół dnia w tym tutaj. Po drugim daniu schodzimy do domku. Zdecydowaliśmy się zdjąć wszystkie sakwy z rowerów zanim wskoczymy do wody.

Ibagué

Zbliżamy się do półmilionowego miasta. Wzdłuż szosy pojawiają się hotele na godziny o różnym standardzie. Takie przedmieścia to dobra lokalizacja dla tego typu usług. Standard mają różny. Od tanich opcji, do trochę droższych za sześć do ośmiu godzin, aż do takich z napisem VIP. Wnioski o standardzie wyciągam na podstawie cen wywieszonych przy niektórych motelach, wnętrza nie widziałem. Rozważaliśmy, by odwiedzić jeden z takich biznesów z celach kulturoznawczo-budżetowych. Ceny były zwykle bardziej atrakcyjne niż doba w średniej jakości hoteliku, a do tego jest własny garaż. Podobno w tych lepszych pościel jest lśniąco czysta, wszystko na błysk… No chyba rozumiesz… Poza tym, na czym to się nie wyśpi zmęczony rowerzysta.

Czekam na Gosię na końcu ostatniego stromego podjazdu tego dnia. Wychodzi z rowerem zza zakrętu z Kolumbijczykiem. Na chwilę zostawić samą… Kolarz towarzyszy jej stukając dużymi blokami do pedałów szosowych w asfalt. Chyba dziś nie miał do osiągnięcia żadnego sportowego celu i zatrzymał się, żeby pogadać z podróżnikiem, a że tempo inne, to musiał się dostosować. Po chwili dowiaduję się, że jest lekarzem i wybrał się na przejażdżkę przed pracą. Chętnie nas wyprowadzi na właściwą szosę na najbliższym ślimaku, a potem musi już przyśpieszyć, żeby się nie spóźnić do swoich obowiązków.

Powiela się schemat z Neiva, duże miasto to idealne zagłębie rowerowej kultury. Mówiąc wprost, gdzie jak nie w dużym mieście znajdą się ludzie, którzy są w stanie zapłacić jeden, dwa, trzy tysiące dolarów za rower szosowy i do tego kolejne kilkaset za kolorowe ubrania. To tutaj witryny sklepowe lśnią rowerami z najnowszej półki, a jak oglądamy na zdjęciach z Google Maps witrynę sklepu Specialized to szczęka nam opada. W Polsce nie widziałem sklepów przypominających rozmachem salony samochodowe. Tym razem nie wybierzemy się do salonu Speca, ale podjeżdżamy pod inny sklep wskazany przez Williama, do którego zmierzamy na nocleg. Zanim wytargam na zapleczu względnie odpowiadającą mi oponę, udaje mi się rozbawić obsługę wagą mojego roweru. – Potrzebuję metalicznych klocków, bo inne nie wytrzymują wagi roweru na zjazdach – tłumaczę ekspedientom. – Ile waży? Sześćdziesiąt kilo. Tam stoi – wskazują na witrynę sklepową. Kiedy wracam z oponą do Gosi, dwóch sprzedawców nadal wycenia wagę naszych pojazdów. Chyba wcześniej myśleli, że zrobiłem błąd językowy.

Carol i William z dwójką córek mieszkają w nowoczesnym budynku w Ibagué. Na Carol czekamy przed recepcją z lekko niewyraźnymi minami. Apartamentowiec z recepcją ma się nijak do dwójki brudnych rowerzystów. Oddychamy z ulgą kiedy Carol otwiera nam swoją komórkę w garażu podziemnym. W środku stoi już kilka rowerów szosowych i górskich. – Chyba macie więcej rowerów niż członków rodziny – śmiejemy się. – Tak wyszło – odpowiada. – Musicie starać się jakoś rozwiązać tą łamigłówkę. Wasze rowery są naprawdę duże, ale zawsze się udawało. Udaje się nam zamknąć kanciapę. Na chwilę, to dość często używane pomieszczenie w tej rodzinie.

– Nie słyszeliście? Od 2016 roku park był zamknięty. Indianie wkurzyli się po tym, jak jeden z turystów grał w piłkę na lodowcu. W ten sposób obraził ich Boga – William nie umie uwierzyć, że nie wiedzieliśmy o tym fakcie. – Dopiero dwa lata temu udało się wynegocjować z rdzenną ludnością otwarcie trzech tras. Nie wolno poruszać się poza tymi szlakami, nie wolno zostawać w parku na noc i nie wolno dotknąć lodowca. Wszystkie trasy kończą się w odpowiedniej odległości od niego. Tymi słowami Willy burzy nasze marzenie o trekkingu w Kolumbii. Nasz sprzęt górski wieziemy ze sobą do teraz tylko dlatego, że mieliśmy odwiedzić park Sierra Nevada del Cocuy. Od wjazdu do Kolumbii sprawdzamy ofertę firm kurierskich, by po trekkingu wysłać sprzęt do Bogoty na przechowanie. Trudno uwierzyć, że wszystkie informacje, które przeglądaliśmy szukając informacji o Cocuy nawet słowem nie zająknęły się o ograniczeniach.

Nevado del Tolima
Nevado del Tolima
Ford
Ford

Carol i William są bardzo wysportowani i dobrze znają kolumbijskie góry. W komórce, w której czekają nasze rowery, widzieliśmy jeszcze sporo sprzętu wspinaczkowego. W czasie rozmowy pokazują nam zdjęcia z tegorocznego wejścia na Nevado del Tolima, jeden z wulkanów. Od pewnego czasu bardzo aktywnie podążają z rowerową modą, ponieważ Willy w górach nabawił się kontuzji kolana i rower mu lepiej służy. W domu łatwo można zauważyć kilka kompletów butów rowerowych, kasków, okularów i rękawiczek. Te akcesoria muszą być zawsze dostępne. Willy widzi, że jesteśmy bardzo zawiedzeni informacją, którą nam przekazał. Rozmawiając o naszej dalszej trasie zdradza nam sekret. – Wulkan Nevado del Ruiz jest zamknięty, ale wiecie co… – na chwilę zawiesza głos. – Jak pojedziecie tą drogą i spytacie lokalsów gdzie są strażnicy to możecie wejść na górę. Musicie przejść ten punkt. Potem już Was nikt nie zatrzyma – pokazuje nam drogę na satelitarnej mapie.

Rower w praktyce

– Chcecie ze mną jutro jechać do Villa Restrepo? – pyta jeszcze przed snem Carol. – Jestem rano umówiona ze znajomym. Możecie się dołączyć. Gosia zgadza się od razu, bo wystarczyła jej mgliste zapewnienie, że zobaczy szczyt Tolimy. Ja jestem trochę zły. No bo czy nie można jeden dzień siedzieć na czterech literach? Możesz zapytać czy czasem nie robię tego od kilkunastu miesięcy. No może, ale czasem czuję jakbym siedział na dwóch. By nie stracić twarzy, rano razem z Carol schodzimy do piwnicy i wyjeżdżamy na miejsce spotkania. Wyglądamy trochę jakby do Mai Włoszczowskiej podczepiła się dwójka rowerzystów, którzy mieli jechać do pracy. Odważnie jednak przecinamy miasto i po chwili w czwórkę jedziemy w górę doliny.

Gdy mnie weekend ;)
Gdy mnie weekend 😉

Kolarzy jest tutaj znacznie mniej niż tych, których widzieliśmy w weekend w Neiva, ale jest po 9 w dzień roboczy. – Carol, czy w Ibagué ktoś pracuje? Wszyscy są na rowerach tutaj – pytam przekornie. Carol się uśmiecha. Tłumaczy mi, że często ludzie układają dzień pod poranną przejażdżkę na rowerze. Zanim temperatura się podniesie, oni mają już wykonane kilkadziesiąt kilometrów na rowerze i idą do pracy. W Kolumbii dzień przez cały rok ma podobną długość, łatwiej więc wypracować sobie nawyk, który można połączyć z pracą.

Tata mnie tak nazwał na cześć Karola Wojtyły.

Na końcu doliny czeka na nas piekarnia, w której rowerzyści nagradzają się kawą, sokiem lub jakąś przekąską. Zresztą takich punktów po drodze jest jeszcze kilka i wszystkie liczą na kolarzy. No i rowerzyści się zatrzymują. Skoro normalnym jest zatrzymać się na kawie ze spotkaną na ulicy znajomą, czemu nie omówić taktyki zjazdu z kolegą od koła. Coraz bardziej podoba mi się ta rowerowo kawiarniana koncepcja.

Wspólna przejażdżka zbliża. – Czy Carol to jest zdrobnienie czy pełne imię – pyta Gosia. – Nazywam się Carol – odpowiada nasza znajoma. – To nie jest typowe imię dla dziewczyny w Kolumbii. Tata mnie tak nazwał na cześć Karola Wojtyły – uśmiecha się.

Jutro jest sobota. Wcześnie rano mocną pętlę treningową przejedzie z kolegami William, a później Carol umówiła się na rower. Polityka zatrzymuje nas na jeden dzień dłużej w mieście i zajmujemy się tutaj załatwieniem kilku sprawunków. Polityka na wyprawie rowerowej? Ano, tak. O tym napiszemy już kolejnym razem. Teraz wybacz, bo zapomniałem napisać, że blok Carol i Williama ma prywatny basen. Żal nie skorzystać.

Wskazówki

  • Na Pustyni Tatacoa można zatrzymać się w kilku miejscach. Polecamy kemping.

Czas i miejsce

  • Opis dotyczy połowy lutego 2020.
  • Z Neiva pojechaliśmy drogą 45A przez wioskę Polonia i miasteczko Villavieja. Objechaliśmy Pustynię Tatacoa nieoznaczonymi drogami. Wróciliśmy na drogę nr 45 koło Rancho Grande. Drogą 45 jechaliśmy przez Natagaima i Saldaña do El Gaumo. Tutaj skręciliśmy na drogę nr 40 by dotrzeć do Ibagué.
  • Mapa Google opisywanego obszaru.
Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

4 komentarze

  1. Przez ze covid’owe siedzenie na dupie ciągle mam wrażenie że wy sobie tam spokojnie pedałujecie. A tak w temacie, to ja zaczynam rozumieć fenomen kolumbijskich kolarzy. Gdybym nie miał pojęcia o jakim miejscu piszecie, zgadywałbym że to Włochy.

    • Michał Odpowiedz

      Chcielibyśmy sobie tak beztrosko pedałować, ale nie byłoby to nawet możliwe. Trochę jednak pedałujemy bo trochę staramy się ogarniać te wszystkie wspomnienia i mieć te wspomnienia i naukę na co dzień.

      Fenomen jest taki, że nadal mi się chce ruszyć pod górę na rowerze szosowym, a kiedyś nigdy tego nie chciałem 😉

  2. Proszę, proszę, jeszcze parę niespodzianek w rękawie. Miło się czyta, szczególnie, że obecnie jeszcze bardziej ograniczone zostały możliwości jakiegokolwiek przemieszczania się. 😉

    • Michał Odpowiedz

      Jeszcze kilka niespodzianek przed nami, bo wypada tutaj zrobić wielkie porządki po powrocie. Skoro tak nam wszystko zamknęli to zapraszamy do nadrabiania zaległości.

Napisz komentarz