Często jest tak, że biorąc do ręki przewodnik jakiegoś kraju, na kolorowej wkładce dostrzegasz cel marzeń. Cel wydaje się bardziej odległy niż koniec kilkusetstronicowego przewodnika. Teraz wyobraź sobie, że rano jesz śniadanie u siebie w mieszkaniu, a wieczorem patrzysz na widok z kolorowej wkładki przewodnika. Ale ja nie mogę, bo… Jeszcze nie przeczytałaś(eś)!

Jest poranek w środku długiego majowego weekendu. Wylot mamy dopiero o 11:25, więc rano zostaje sporo czasu na śniadanie, dopakowanie plecaka i wyjazd na lotnisko. Dwa miesiące wcześniej udało nam się dostać atrakcyjne cenowo bilety na trasie Katowice – Stavanger. Nie musieliśmy się długo zastanawiać i reszta planu ułożyła się sama. Zabraliśmy niezbędny sprzęt kempingowy na trekking i trochę jedzenia. Kiedy w końcu zeszliśmy na ziemię w Stavanger powiedziałem na głos: “jestem w domu”.

Uczucie było o tyle trafne, że przez ostatnie lata udało mi się być w Norwegii średnio raz w roku. Niestety nasze portfele nadal czuły się w tym kraju obco. Byliśmy jednak na siebie skazani, więc rozpoczęliśmy negocjacje. Do centrum dotarliśmy zwykłym podmiejskim autobusem. Szybko udało nam się znaleźć sklep sportowy znanej sieci. Dla nas najważniejsza była dostępność kartuszy gazowych. Norwegowie są dość aktywni, więc tego typu akcesoria można dostać też na stacjach benzynowych i w podobnych miejscach. Szybko odwiedziliśmy supermarket posilając się tanią ziemniaczaną sałatką i pobiegliśmy na przystań promową, by dostać się do Jørpeland. Tu liczyliśmy na połączenie autobusowe z początkiem szlaku na Preikestolen.

W 2012 takie zdjęcie chyba jeszcze nie miało nazwy selfie. Sfotografowaliśmy się w oknie na promie.
W 2012 takie zdjęcie chyba jeszcze nie miało nazwy selfie

Sama podróż promem w Norwegii to już jest atrakcja. Niby masz do czynienia ze zwykłym środkiem transportu, a czujesz się jak na rejsie krajoznawczym. Pływałem wieloma promami w Norwegii i nie umiem sobie przypomnieć bym kiedyś się nudził. Po drugiej stronie przeprawy, w Jørpeland okazało się, że autobus nie kursuje jeszcze tak regularnie jak się spodziewaliśmy. Pozostało nam ruszyć na miejsce piechotą. Po drodze próbowaliśmy złapać stopa Mieliśmy sporo szczęścia, zatrzymany kierowca jechał akurat po innych turystów pod sam szlak.

Preikestolen

Myślę, że już rozumiesz tytuł tego artykułu i wstęp. My też byliśmy trochę zaskoczeni, że wszystko udało się tak sprawnie połączyć. Zakładaliśmy, że na szlak uda się nam wejść dopiero kolejnego dnia. Rano zjedliśmy śniadanie w Katowicach, a teraz rozpoczęliśmy podejście w kierunku jednego z najsłynniejszych miejsc w Norwegii. Uśmiech sam pojawiał się na ustach, wchodząc wyżej mogliśmy obcować z coraz ciekawszymi widokami. Na szlaku nie było już nikogo. Bardzo komfortowa sytuacja w porównaniu do tłumów ludzi, które pojawiają się tutaj w szczycie sezonu. Nawet to nie powinno Cię jednak zniechęcać. W każdym okresie znajdzie się czas na własne emocje.

Ostatnie metry w drodze na ambonę. Skalna trasa oświetlona żółtym światłem zachodzącego słońca
Ostatnie metry w drodze na ambonę

 

Widok z Preikestolen w kierunku Lysebotn
Widok z Preikestolen w kierunku Lysebotn

Po około dwóch godzinach dotarliśmy do wypłaszczenia. Było tutaj kilka oczek wodnych i trochę niskiej trawy między dużymi skałami. Szybko rozstawiliśmy namiot i na lekko ruszyliśmy do celu naszego szlaku. Było jeszcze trochę czasu do zachodu słońca gdy stanęliśmy na skalnej półce. Sami w magicznym miejscu, a pod nogami 604 metry niżej był Lysefjord. Przestrzeń w pierwszej chwili trudna do ogarnięcia i zrozumienia. Nic dziwnego, że o Preikestolen mówi się dużo, a skalną ambonę zna wiele osób.

O poranku wróciliśmy ponownie na Hyvlatonnå (ambona, jak mówią miejscowi). Teraz mając więcej czasu mogliśmy się dokładnie poprzyglądać różnym perspektywom i pobłądzić trochę po okolicznych skałach. Pamiętaj, by zaplanować tutaj więcej czasu. Widok na ambonę może jest mniej emocjonujący niż obcowanie z przepaścią, ale pozwala uzmysłowić sobie gdzie się jest tu i teraz.  

To Allemannsratten (prawo wszystkich ludzi), prawo  mówiące, że każdy człowiek ma prawo do kontaktu z naturą. Zgodnie z tym prawem moglibyśmy rozbić namiot na samej półce skalnej i czekać rano na wschód słońca. Najważniejsze, by niczego nie zniszczyć i nie pozostawić po sobie najmniejszego śladu. To takie proste… Wyobraź sobie jak wyglądałoby Preikestolen, gdyby umiejscowić je w innym miejscu w Europie. Wyobrażam sobie, że byłoby tak: Stoisz na półce, przed Tobą barierki z łańcuchów, a obracając się kilka tablic i być może kosz na śmieci…

Skalna półka Preikestolen widziana z góry. Pod spodem fiord Lysefjord
Skalna półka Preikestolen widziana z góry. Pod spodem fiord Lysefjord

Sam jestem ciekaw jak Norwedzy z tym prawem do przyrody będą radzić sobie dalej. Rozmawiając ze znajomymi i czytając relacje trudno mi wyobrazić sobie jak zwiększył się ruch turystyczny w Norwegii i krajach skandynawskich. Duża ilość nawet najlepiej wychowanych turystów stanowi jednak zagrożenie dla tego typu miejsc. Być może w Skandynawii pojawi się więcej takich miejsc jak Nordkapp, czyli obszarów z płatnym wstępem. Pamiętam jednak z jakim oburzeniem Norwedzy wypowiadali się na temat opłat w tym miejscu, gdy rozmawialiśmy na ten temat.

Kjerag

Nie pozostawiając po sobie śladu ruszyliśmy w dół. Znów przed parkingiem mieliśmy szczęście. Spotkany Norweg jechał w stronę Lauvvik. Był początek maja i zdawaliśmy sobie sprawę, że podejście na Kjerag będzie trudne. Dużo zależało od rozkładu promów. W Lauvvik okazało się, że tego dnia już nie odpłyniemy w stronę Lysebotn. Analizując rozkład promów i obecny brak kursów autobusowych w Lysebotn, podjęliśmy decyzję, że pojedziemy do wioski choćby w celu przepłynięcia pod Preikestolen i poznania kolejnego fiordu.

Obiado-kolacja na przystani w Lauvvik. Trochę tutaj wiało
Obiado-kolacja na przystani w Lauvvik

Konduktor nawet do nas nie podchodził by sprzedać nam bilety. Dobrze zdawał sobie sprawę, że promem będziemy musieli wrócić. Wtedy też sprzedał nam bilety. Razem z nami płynęła tylko ekipa pracowników w odblaskowych żółtych kombinezonach. Wysiadając z promu spotykamy… Polaków. Kilkuosobowa grupa przebijała się przez śniegi przez kilka ostatnich dni. Wyglądali na dość zmęczonych, ale zadowolonych. Wcale się im nie dziwię. Rozwiali nasze nadzieje na Kjerag. W warunkach letnich musielibyśmy biec w górę do skały, by zdążyć na jedyny prom powrotny. Mogliśmy siedzieć kilka godzin w wiosce lub próbować zobaczyć jak najwięcej. Poszliśmy w górę…

Z braku czasu na dotarcie do Kjerag znaleźliśmy trochę czasu na wygłupy ;) Przekrzywione zdjęcie sugeruje ciężka wspinaczkę po śniegu.
Z braku czasu na dotarcie do Kjerag znaleźliśmy trochę czasu na wygłupy 😉

Zamknięte schronisko, śnieg po horyzont. To zobaczyliśmy na górze. Tylko skuter śnieżny, który usłyszeliśmy w oddali mógłby nas zawieźć na miejsce. Mógłby… Na Kjerag musimy przyjechać innym razem. I tak wracaliśmy pełni wrażeń, racjonalizując sobie, że podziwianie ekstremalnie pięknych, eksponowanych widoków codziennie też może nie być najzdrowsze…

Stavanger

Do miasta przyjechaliśmy w okresie Russ. To wielodniowe święto absolwentów szkół średnich, którzy na każdym kroku zaznaczają, że wchodzą w dorosłość. Po ulicach krążą uczniowie w kolorowych, głównie czerwonych gaciach. Spodni podobno nie wolno prać przez cały czas trwania obchodów, bo przyniesie to pecha na egzaminach. Taka analogia do obcinania włosów przed maturą. Cała ta heca dodała smaku zwiedzaniu miasta.

Licealiści podczas święta Russ w Stavanger
Licealiści podczas święta Russ w Stavanger

Krewetki w wiaderku, pieczywo i już mieliśmy ekskluzywny posiłek w sam raz do zjedzenia na parkowej ławce. Wokół niska w większości drewniana zabudowa jest w świetnym stanie. W zależności od miejsca elewacje są kolorowe, ale dominuje kolor biały. Ładnych uliczek jest tu tak dużo, że na pewno w kilka chwil znajdziesz coś ciekawego. Jak już obejrzysz kilka punktów widokowych, to może znajdziesz jakiś sklep z meblami lub wyposażeniem wnętrz. Zaskoczony? My też byliśmy, jak już zamknęliśmy oczy na ceny to wpadliśmy w zachwyt oglądając te kilka kompletów wypoczynkowych. Nigdy później nie widziałem tak pasujących do mojego gustu mebli. Tak prostych, funkcjonalnych, skandynawskich…

Cicha kolorowa uliczka w centrum z kilkoma kawiarniami
Cicha kolorowa uliczka w centrum z kilkoma kawiarniami
Mural w bardziej przemysłowej części Stavanger
Mural w bardziej przemysłowej części Stavanger

W większości poruszaliśmy się po mieście piechotą. Łatwiej w ten sposób wypatrywać architektonicznych niespodzianek. Między widokami na nowoczesną zabudowę, wodne przestrzenie, zaczęliśmy wypatrywać murali. Zrobiliśmy długą pętlę z tym tematem. Właśnie tutaj po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć prace słynnego Banksy’ego. Na koniec odwiedziliśmy Norwegian Petroleum Museum. “Muzeum ropy” nie tylko opowiada o bogactwach naturalnych, źródle norweskiego dobrobytu. Jest to też nauka o społecznej odpowiedzialności także za przyszłe pokolenia.

Zrób to sam

W jedną majówkę udało się zebrać worek wrażeń, a zamieszania niewiele więcej niż podczas wyjazdu w Bieszczady. Mieliśmy bardzo dużo szczęścia wybierając się poza sezonem. Z jednej strony udało się trochę zobaczyć, a z drugiej trzeba wziąć pod uwagę, że sezon w Norwegii jest znacznie inny od tego czego możemy się spodziewać u nas. Kilka lat wcześniej starałem się końcem czerwca przejechać rowerowym szlakiem przez Płaskowyż Hardangervidda. Z 80 km pokonałem 35 czasami przenosząc rower przez pola śniegu, a resztę przejechałem pociągiem. Przed rezerwacją samolotu warto spojrzeć na dostępne rozkłady promów i autobusów. Niektóre trasy zaczynają działać dopiero końcem maja, a czasem połączenie kursuje co 2 dni. Dużo infrastruktury turystycznej też może być zamknięte. Z Gosią jednak zwykle wybieraliśmy terminy poza sezonem i wspominamy te wyjazdy do dziś.

Wyjazd odbył się przy okazji majówki w 2012 roku. Zdjęcia i relacja są publikowane tutaj po raz pierwszy i zostały przygotowane w styczniu 2018. Mimo wielu lat w szufladzie temat okazuje się być bardzo aktualny i równie prosty w realizacji.

Den Norske Turistforening (DNT) – na tej stronie możesz znaleźć informacje o trasach turystycznych w całej Norwegii, dostępności schronisk z obsługą i bez niej (hytte). Jeśli planujesz nocować w hyttach dłużej niż kilka dni to zarejestrowanie się jako członek DNT jest warte rozważenia, bo obniża koszty noclegu.

Autor

Programista w tygodniu, po godzinach podróżnik i fotograf. Samotna dwumiesięczna wyprawa rowerowa nauczyła go realizować marzenia. Uprawia fotografię uliczną, lubi książki reportażowe i dobre historie z pokazami slajdów w tle.

Napisz komentarz