Niewiele się mówi o północy Peru. Nie dlatego, że można odmówić jej uroku. Bogate południe z Arequipą, Cusco i Machu Picchu działa jak magnes. Od tak silnego ładunku trudno się oddalić.

Zauważyliśmy, że przebywanie na wysokości pomiędzy dwa a trzy tysiące metrów w Peru daje nam duży komfort wypoczynku. Jest ciepło, ale nie jest przesadnie gorąco, a wieczorem wystarczy ubrać długi rękaw, gdy chcemy przebywać na zewnątrz. Tak przynajmniej było w Caraz. Trochę czuliśmy się zaniepokojeni, że najbliższe kilometry będą nas prowadzić w dół. Mocno w dół.

Wpierw jednak założyliśmy na głowę lampki, oświetliliśmy rowery i musieliśmy zmierzyć się z najbardziej stresującą drogową przeszkodą. Tunelem. Tunele w Cañon del Pato są malownicze. Wykute w skale dziury umożliwiły poprowadzenie wąskiej nitki drogi. Bez takich inwestycji nawet piesza ścieżka byłaby tu niemożliwa. Tunele nie są długie, ale jest ich kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt. Nie liczyłem, liczyłem tylko na siebie.

Jeden z tuneli w Cañón del Pato
Jeden z tuneli w Cañón del Pato
Oaza pracowników elektrowni niedaleko Cañon del Pato. Prawdopodobnie tutaj mieszkają ludzie na wyższych stanowiskach
Oaza pracowników elektrowni niedaleko Cañon del Pato. Prawdopodobnie tutaj mieszkają ludzie na wyższych stanowiskach
Ananasy w rzędach
Ananasy w rzędach

Przed każdym z tuneli ustawiono znak, by korzystać z klaksonu przed wjazdem do środka. Słysząc huk wydany przez ciężarówkę kilka dziur dalej dobrze zrozumiałem o co chodzi. My wiemy, że ona się zbliża. Patrzę teraz na mój rowerowy dzwonek, ciągnę za cyngiel, uśmiecham się “teraz na pewno wie o nas” i ruszam w czarną dziurę. Najważniejsze tak obserwować sytuację z przodu i z tyłu, by nie znaleźć się w poświacie długich samochodowych lamp. Bycie gwiazdą może trwać krócej niż w “Mam Talent”.

Dziura w Andach

Patrzę na wysokościomierz. Chyba pomyliliśmy drogę! Już jakiś czas temu wysokość zaczęła być trzycyfrową liczbą i ciągle spada. Co to za trawers Andów, gdy upał robi się jak na plaży, a my już dawno jesteśmy poniżej bieszczadzkich połonin, nad którymi jeszcze niedawno fruwaliśmy. No cóż, może czerwonej farby na mapie zabrakło.

Wjeżdżamy do niewielkiej wioski. Z daleka widać około trzydzieści domów położonych po dwóch stronach szosy. Większość jest zamknięta, ale przed jednym z lepiej zadbanych odpoczywa na krześle starszy Pan, obiera mango. Pozdrawiamy się wzajemnie i jeszcze nie wiemy, że za chwilę wrócimy do niego z prośbą i rozmową. Parkujemy przy kościele, który wygląda na odnowiony i używany. Nie umiemy natomiast znaleźć kranu z wodą. Ten obok nie działa, inne są zabezpieczone.

Wioska Mirador (po polsku punkt widokowy), w której mieszkają na stałe trzej panowie.
Wioska Mirador (po polsku punkt widokowy), w której mieszkają na stałe trzej panowie.
Zachód słońca nad wioską Mirador
Zachód słońca nad wioską Mirador
Zjeżdżamy coraz niżej sięgając 500 m n.p.m.
Zjeżdżamy coraz niżej sięgając 500 m n.p.m.
Jeden z przedstawicieli naszego zoo
Jeden z przedstawicieli naszego zoo

Wracamy do starszego Pana, który od razu dzieli się z nami wodą ze swojej kuchni i wskazuje nam miejsce na nocleg w opuszczonym budynku. – W wiosce mieszkamy już tylko w trójkę – opowiada. – Te odnowione domy są odwiedzane przez ich właścicieli podczas różnych świąt narodowych. Wtedy przyjeżdżają, imprezują i wracają do dużych miast. Nic już tutaj nie ma – kontynuuje ciągle się do nas uśmiechając. Zamieniamy jeszcze później z Panem kilka zdań jednocześnie w głowach powstaje szkic filmowego scenariusza, a może tylko stymuluje nas opowieść z niedawno przeczytanej książki?

Kopalnie

Około dwóch godzin temu zatrzymał nas kierowca pickup’a. – Nie przejedziecie tamtędy. Woda jest dotąd – mówił wskazując na drzwi swojej wysoko zawieszonej Toyoty Hillux. Teraz stoimy już przed rzeką i obserwujemy uważnie nurt. Brązowa masa wody huczy w odpowiedzi. Przygotowuję sprzęt do brodzenia czyli ściągam gacie, zakładam sandały i zabieram się za badanie rzeki. Do przejścia mamy co najmniej trzy odnogi. Dalej nie widać. Zapowiada się godzina niezłej orki, ponieważ wszystko musimy przenosić pojedynczo i bardzo ostrożnie. Choć woda górskiej rzeki sięga mi miejscami połowy uda to jednak się udaje. Lądujemy po drugiej stronie z suchym bagażem.

Przeprawa przez rzekę
Przeprawa przez rzekę

Do naszej świadomości wraca temat kopalń, które kształtują krajobraz. Nie wiem jednak jak nazwać krótki korytarz w skalnej ścianie prowizorycznie podparty drewnianymi belkami. Może biedaszyby? No właśnie też nie. Wyobraź sobie kilka takich dziur wydrążonych na różnych wysokościach skalnej ściany. Niedaleko stoją szałasy z folii i kilku desek, chronione przez psy. Akurat jeden z górników przygotowuje obiad dla reszty drużyny i ze środka pachnie głównie jedzeniem. Poniżej słychać generator zasilany benzyną, a obok po kilku mężczyznach wyraźnie widać godziny ciężkiej pracy. Niedaleko stoi nowa wywrotka Volkswagen. Czy biedaszyby stać na takie auto? Czy tego typu kopalnie zachowują normy bezpieczeństwa? Czy są legalne? Czy górnictwo powinno tak wyglądać? Te pytania pozostawiam bez odpowiedzi.

Wejście do szybu
Wejście do szybu
Prowizoryczny obóz górników niedaleko szybów
Prowizoryczny obóz górników niedaleko szybów
Budynki nieużywanej już kopalni
Budynki nieużywanej już kopalni

Kopalnie znaczą krajobraz od początku naszej podróży po Peru. Widocznie jest czego szukać i można by tutaj napisać kilka książek dokumentalnych na temat różnego rodzaju górnictwa. Mamy tutaj kopalnie prowadzone przez korporacje z całego świata, z Kanady, Japonii itd. Są nieaktywne kopalnie, które szpecą tylko krajobraz już rozkradzionymi, rozpadającymi się budynkami, a w kilku okolicznych domach jeszcze suszy się pranie. Są biedaszyby pozwalające na wybranie kilku worków węgla i sprzedanie ich w pobliskiej wiosce. Są i takie, gdzie kilkanaście kontenerów na zboczu góry funkcjonuje jako zaplecze tymczasowej, ale większej kopalni. Kiedy minerał się skończy być może kilka kontenerów wywiozą w kolejne miejsce, ale degradacja środowiska zostanie. Na koniec zestawienia mamy najwyżej położone miasto na świecie… nielegalne. Obsługuje ono kopalnię złota o podobnym statusie prawnym, a to co z chemii najgorszego trafia do jeziora Titicaca. Choć humanista mógłby zwrócić uwagę, że potworniejsze rzeczy dzieją się z ludźmi w samym mieście. Ludzie w walce o minerały stają się często zaciekłymi wrogami. Wyglądają na znacznie starszych, umierają młodo. Zobaczysz młodego bezzębnego mężczyznę na ulicy w Andach. To niekoniecznie świadczy o braku szczoteczki do zębów przez całe życie. Być może pracuje w kopalni, gdzie używa się metali ciężkich, a on pije od lat tamtejszą wodę. Trudne jest to peruwiańskie górnictwo, a ciekawe zarazem. Z polskim obrazkiem czasem łączy je tylko żółty kask z oślepiającą latarką.

Spotkanie z Marią

Podróżując przez Polskę nie raz i nie dwa widziałeś wspomnienia zrywów budowlanych. Tak nazywam te wszystkie wiadukty i podobne konstrukcje, które teraz stoją w środku pól z pszenicą, a rolnik kręci wokół filarów ósemki, by wykonać swoją pracę. Jeśli puścisz w swoim kierunku dwóch rowerzystów z przeciwnych stron Ameryk to ich szansa na spotkanie może być podobna jak tego wiaduktu w polu z przebiegającą obok drogą.

Trzy lata temu Maria Garus ruszyła na południe z Alaski, my od prawie roku jedziemy z Ushuaia w Argentynie. Wiedzieliśmy o sobie od jakiegoś czasu, ponieważ w Katowicach mamy wspólnego znajomego. Mogliśmy też czasem skontaktować się i przekazać aktualną pozycję. Mimo to jeden dzień wystarczyłby, żeby nasze drogi się nie przecięły, a miesiące pedałowania do umówionego spotkania trochę by straciły. Dlaczego? Te wszystkie nawigacje, mapy i komunikatory mogą być bardzo dokładne, ale gdy w momencie podejmowania decyzji zabraknie łączności i… Czasem trzeba mieć więcej szczęścia…

Michał wspina się ponad Lagunę Pelagatos
Michał wspina się ponad Lagunę Pelagatos
Na nocleg zatrzymujemy się niedaleko kilku gospodarstw
Na nocleg zatrzymujemy się niedaleko kilku gospodarstw
Wyjeżdżamy z Laguny Larga na spotkanie z Marią
Wyjeżdżamy z Laguny Larga na spotkanie z Marią
Z Marią i rodziną Mako w Huamachuco
Z Marią i rodziną Mako w Huamachuco

Od kilku kilometrów jedziemy asfaltową szosą. Przed Huamachuco Gosia włącza telefon, by sprawdzić wiadomości i adres rodziny przyjmującej rowerzystów. Dostajemy wiadomość od Marii, że właśnie tam jest. Czyli jednak się udało po tylu miesiącach połączyć nasze drogi. Spotkaliśmy się u przemiłej rodziny, która w swojej książce pamiątkowej ma wpisy wielu podróżników rowerowych, część z nich już kojarzymy. Rodzina Mako była bardzo zaskoczona, gdy powiedzieliśmy, że wszyscy jesteśmy z jednego miasta w Polsce, z Katowic.

Cajamarca

W 1532 roku inkaski władca Atahualpa zgodził się na spotkanie z dowodzącym konkwistadorami Francisco Pizarro. Do uroczystego spotkania doszło na głównym placu w centrum Cajamarca. Choć zdarzenie miało charakter oficjalnego spotkania, obie strony pojawiły się na miejscu w towarzystwie swoich wojsk. Indianin lśnił otoczony swoją świtą i armią, a Hiszpan ukrył wojsko po wnętrzach otaczających plac zabudowań. W wyniku pułapki Atahualpa został pojmany. W zamian za wolność konkwistadorom złożono rekordowo duży okup. Hiszpanie zgarnęli taką ilość złota, która była potrzebna do wypełnienia celi inkaskiego władcy do wysokości wskazanej wyciągniętą w górę ręką. Srebra Hiszpanie dostali dwa razy tyle. Atahualpa i tak został zamordowany. By nie było Ci tak żal inkaskiego władcy dodam jeszcze zdanie kontekstu do tej historii. Atahualpa nie był pełnoprawnym inkaskim władcą. Właśnie zmierzał do Cusco, by się nim mianować. Wcześniej wydał zlecenie zgładzenia Huaskara, prawowitego władcy Inków.

Tuk-tuki czyli mototaxi na ulicach w Cajamarca
Tuk-tuki czyli mototaxi na ulicach w Cajamarca
Garbus czyli popularny samochód w Cajamarca
Garbus czyli popularny samochód w Cajamarca

W Cajamarca zatrzymujemy się u pracownika kontroli lotów na lokalnym lotnisku. Brzmi poważnie, ale Hans ma otwartą głowę i dużą chęć do poznawania ludzi. Ostatnio w jego mieszkaniu zrobiło się bardzo polsko, ponieważ był odwiedzany przez kolejnych Polaków. Całkiem przypadkiem dwie z tych par znamy i jesteśmy w kontakcie. Całkiem nie przypadkiem Hans bardzo niedawno był w Polsce podczas swoich wakacji po Europie. Dlaczego Polska? Bo jest tania, a kilka europejskich krajów wydrenowało wcześniej jego portfel. To tak, żebyś nie myślał, że tylko Polacy wybierają kierunki gdzie ich waluta jeszcze coś znaczy.

Poznając miasto z naszym gospodarzem, ale także włócząc się tutaj samodzielnie, jesteśmy zachwyceni spokojem. Centrum przypomina nam takie Cusco w miniaturze. Tylko, że tutaj jest ciszej i spokojniej. Biali turyści nie rzucają się w oczy, jak przyznaje sam Hans, niewielu ich dojeżdża aż tutaj. W wielkim Peru nie na wszystko jest czas podczas urlopu, a szkoda. Na pewno i północ kiedyś znajdzie swój czas. Z wieloma atrakcjami, bliską odległością regionu Chachapoyas i ruinami po kulturze tych cywilizacji, wydaje się być punktem na alternatywnej mapie zwiedzania Peru.

Schody na punkt widokowy Santa Apolonia w Cajamarce
Schody na punkt widokowy Santa Apolonia w Cajamarce
Widok z punktu Santa Apolonia na Cajamarca
Widok z punktu Santa Apolonia na Cajamarca
Park Santa Apolonia
Park Santa Apolonia

Cyfrowi nomadzi

Przed nami ostatnie kilkaset metrów podjazdu do Chachapoyas. Niebo zdecydowało, że akurat się otworzy i wyleje na nas wszystkie swoje smutki. Kiedy zatrzymujemy się przed wejściem do hostelu nie mamy za bardzo ochoty na szukanie niczego innego. Niech tylko mają pokój w rozsądnej cenie, miejsce na rowery i dostęp do internetu. Wszystko się zgadza. Wymarzona oferta zawiera dostęp do kuchni w gratisie. Gorący prysznic na pewno poprawi nam humor, a to akurat jesteśmy w stanie dostać w ciągu najbliższych kilkunastu minut.

Jak zawsze po kilku dniach przebywania poza miastem pojawia się u nas wir w brzuchu, który jest wprost proporcjonalny do otaczających nas możliwości. W tym wypadku oprócz potrzeb żywieniowych zaspokajamy głód na kilka aromatycznych kaw i jakieś ciastko. W końcu żona miała niedawno urodziny to niech zapamięta, że czas ucieka. Kiedy po tym wszystkim zaczniemy zachowywać się jak wodne boje to może łatwiej będzie przysiąść. Mamy tu w planie popracować kilka dni przy naszym komputerze, by uporządkować notatki. Perspektywa wyjazdu z Peru staje się coraz bardziej realna, więc i my chcielibyśmy mieć wolne umysły po nadrobieniu zaległości.

Mumie ludu Chachapoyas w muzeum w Leymebamba
Mumie ludu Chachapoyas w muzeum w Leymebamba
W drodze do Chachapoyas
W drodze do Chachapoyas
Zachód słońca nad kościołem w Chachapoyas
Zachód słońca nad kościołem w Chachapoyas

Te ostatnie tygodnie pozwoliły nam poznać kawałek dalszej północy Peru. Nigdy od spotkanych podróżników nie usłyszeliśmy nazw, które padły w tym wpisie. Tak jakby Peru było ograniczane od północy przez Huaraz. Tymczasem takie ograniczenia narzuca wyłącznie czas i wiemy, że zawsze jest go za mało. Czy to truizm? Zależy czego szukasz.

Wskazówki

  • Tak jak opisałem w artykule, musieliśmy przekraczać z rowerami większą rzekę (Tablachaca), by uniknąć długiego objazdu i popatrzeć na kanion z jego dna. Takie rzeczy mogą zdarzać się częściej w czasie pory deszczowej (najwięcej od listopada do marca). Warto pytać w mijanych wioskach o utrudnienia na trasie (zerwane mosty, osunięcia ziemi i remonty). Niestety często uzyskane informacje będą sprzeczne, ponieważ Peruwiańczycy czasami nie przyznają się jak dawno w danym miejscu byli. Warto zapytać. Można też korzystać z aplikacji na telefon iOverlander, ale tam zamieszczone informacje mają bardziej permanentny charakter.
  • W Cajamarca w każdą pierwszą niedzielę miesiąca odbywa się na głównym placu wielka parada, w której uczestniczą politycy, wojsko, szkoły i uniwersytety. W ten dzień wstęp do wszystkich muzeów jest darmowy. Wzgórze Santa Apolonia jest płatne, ale to tylko 1 sol.
  • W Cajamarca nie ma rozróżnienia cen wstępów na gringo i miejscowych. Podobna zasada dotyczy atrakcji turystycznych w najbliższej okolicy.
  • Podczas pobytu w Cajamarca dwukrotnie pojawiliśmy się w kawiarni Starbucks. Nie dlatego, że znaleźliśmy tam dobrą kawę. Wręcz przeciwnie… Starbucks miał najszybsze łącze internetowe, które znaleźliśmy w Peru. Niestety łącze jest nieszyfrowane, co uważam za wielką wpadkę międzynarodowej korporacji.
  • Podróżnicy polecają sobie w różnych miejscach hostele, w których warto się zatrzymać. Zachęcam by czasem przejść się także do dwóch innych obok polecanych. Zdarzało się nam, że odnowiony budynek, którego nie znaleźliśmy w rekomendacjach zaoferował dwukrotnie niższą cenę.
  • Nowe muzeum w Leymebamba jest bardzo ciekawe i warte odwiedzenia. Wstęp kosztował nas 15 soli od osoby. Niestety pomimo nowej inwestycji, nie zadbano o angielskojęzyczne tłumaczenia. Czytanie długich wyjaśnień po hiszpańsku bywało dla nas uciążliwe.
  • Z Chachapoyas można wybrać się z wycieczką w wiele okolicznych miejsc. Do muzeum w Leymebamba, ruin w Kuelap, czy wodospadu Gocta. Warto wtedy też rozważyć opcję publicznego transportu. Większość z tych miejsc jest łatwo dostępna z drogi.
  • W Chachapoyas polecamy bardzo kawiarnię Café Vivari. Espresso za zaledwie 3 sole jest jednym z najlepszych jakie piliśmy w tej części świata i jednocześnie znacznie tańsze od gringokawiarni po drugiej stronie rynku.

Czas i miejsce

  • Trasę przejechaliśmy na przełomie października i listopada w 2019 roku.
  • Z Caraz ruszyliśmy drogą nr PE-3N na północ. Po dojechaniu do rzeki Tablachaca i podążaliśmy wzdłuż niej. W związku z tym musieliśmy przekroczyć rzekę w miejscu zerwanego mostu. Rzekę zostawiliśmy w osadzie Tablachaca i wróciliśmy na asfaltową drogę AN-504, która doprowadziła nas do wioski Pampas. Drogami AN-101, LI-115 i LI-116 przez góry wróciliśmy do drogi PE-3N przed Huamachuco. Tą drogą dojechaliśmy do Cajamarca. Wjechaliśmy na drogę PE-08B do Chachapoyas, po drodze był jeden objazd związany z remontem drogi za Celendin.
  • Mapa Google opisanego w artykule obszaru.
Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

9 komentarzy

  1. Widzę, że ilość wdzięcznego robactwa zaczyna się mocno zwiększać wraz ze spadkiem wysokości nad poziomem morza. Nie ukrywam że trochę zazdroszczę zobaczenia na dziko takich okazów. A nie baliście się spać w namiocie w związku z takimi sąsiadami?
    Biedaszyby wyglądają naprawdę niebezpiecznie. Wątpię że ryzyko wchodzenia do tych kopalni była adekwatna do zarobków tych górników…

    • Namiot jest nadal bardzo przytulny i bezpieczny 🙂 gorzej z butami, które zostawiamy w przedsionku… Ciągle zapominamy je sprawdzać. Na zdjęciach nie ma, ale kilka razy przeżyliśmy zmasowany atak czarnych żuków na nasz namiot. One włazily do środka niepostrzeżenie, a na zewnątrz siedziały setki. Niegroźne, oprócz tego, że pozostawiały po sobie mokre plamy przygniecione przez nas równie niepostrzeżenie…

      Biedaszyby… słyszeliśmy, czytaliśmy, że w dżungli, w kopalniach drogocennych kruszców jest jeszcze gorzej. Oprócz bezpośredniego ryzyka zabójstwa itp. obrzydliwości

  2. Bardzo interesująca relacja. Obrazy górnictwa i degradacji środowiska wbrew pozorom mają sporo z XIX Śląska.
    Myślę ze wydzieranie ziemskich skarbów wszędzie podobnie kaleczy naszą planetę.
    Wasze zoo ma parę ciekawych zwrotów – akcji. Niektórzy mogą się wystraszyć. Powodzenia 🙂

    • Myślę, że nawet dziś jeszcze gdzieniegdzie funkcjonują w Polsce biedaszyby. Tylko jednak tutaj mówimy o zupełnie innej skali. Peru jest słabo zaludnione to kopalnie tworzy się łatwo.

  3. Dzięki za fajną relację i zdjęcia. Zoo niezłe, choć takie trochę… creepy… A przynajmniej ja tak reaguję na stworzonka mające więcej niż 4 nogi, no ale nic nie poradzę 😛 Pozostaje mi życzyć żeby te mniej “przyjemne” trzymały się w stosownej odległości od Was, a ja lecę czytać dalej… Trzymajcie się tam i powodzenia 🙂

    • Na ZOO cały czas uważamy, bo nie wiadomo co się zdarzy za chwilę. Ostatnio tak często zmieniamy klimat w poszczególnych miejscach, że fauna jest pewnie bardzo różnorodna. A jak reagujesz na motocykle które mają więcej niż trzy pary kończyn 😉 Tak trzy 😛

Napisz komentarz