Nasze torby przechodzą przez skaner na lotnisku w Sao Paulo. Strażnika interesuje duża ilość metalu w naszym bagażu. – To części zamienne do roweru. Jedziemy do Ushuaia – podpowiadam. – Aha. Ushuaia? W takim razie powodzenia – pozdrawia nas i pozwala odebrać bagaż. My sami nie dowierzamy w realizację naszego planu.

Lądując w Brazylii nie mieliśmy zielonego pojęcia jak daleko jest do Ushuaia. Można zmierzyć kilometry, można spytać ludzi, którzy przejechali taką trasę. Na koniec okazuje się jednak, że niedokładność terminów rowerowych podróżników jest większa niż większości projektów w Twoim mieście w przetargach publicznych. Nie da się porównać trasy i tempa rowerzystów. Stąd też my nie wiedzieliśmy, że dojedziemy do Ushuaia na Święta Bożego Narodzenia.

Widok z Andory na najdroższy hotel w mieście
Widok z Andory na najdroższy hotel w mieście

Gospodarz

Za nami już pamiątkowe zdjęcie z tabliczką Fin del Mundo, objazd centrum i podstawowe zakupy w markecie. Odzywamy się do Augusto, który ma po nas przyjechać pickup’em. Zatrzymuje nas po drodze do miejsca spotkania, ponieważ wyjechał wcześniej załatwić sprawy. Upiera się, że zabierze nas razem z rowerami na górę. Pewnie wiedział co mówi, bo z jego domu roztacza się podobny widok jak z najdroższego hotelu w mieście.

Augusto razem z synami mieszka w najwyższym punkcie Andory. To dzielnica, która wygląda na powstałą z potrzeby chwili. Ulice nie są wyasfaltowane, a ich ułożenie bardziej wynika z rzeźby terenu i kolejności zabudowy działek, niż ze standardowego podziału miasta na kwadraty w Ameryce Południowej. Dom Augusto być może nie jest tym, o którym marzysz w górach z widokiem na wodę. Jest za to jego własny wypełniony dobrą energią i otwarty na rowerzystów ocierających się o koniec świata.

Augusto zbudował dom własnymi rękami
Augusto zbudował dom własnymi rękami
"Bez pracy nie ma kołaczy..."
„Bez pracy nie ma kołaczy…”

Pewnego dnia Augusto przy śniadaniu tłumaczy nam różnice pomiędzy ciclo turistas [turyści rowerowi] i ciclo viajeros [podróżnicy rowerowi]. Rozumiemy tylko, że turyści mają dużo pieniędzy, mają wymagania i chcą wszystko tu i teraz. Do tej kategorii wpadają też osoby zarabiające na podróżach. My łapiemy się w drugą kategorię. Wolimy pomóc w zwożeniu drewna na opał i odpocząć, niż wyjąć laptopa i zostać profesjonalnymi dziennikarzami. Choć z drugiej strony nie wiem jak mielibyśmy prowadzić bloga, o którym rozmawialiśmy.

Nasz gospodarz, Augusto
Nasz gospodarz, Augusto

Augusto pochodzi z Buenos Aires. Ma za sobą polityczną przeszłość i emigrację do Australii. Tak jak wielu obecnych mieszkańców Ushuaia zdecydował, że właśnie tutaj w wyizolowanym od reszty kraju mieście znajdzie spokój, którego nie potrafił znaleźć w stolicy kraju. Z dala od politycznego centrum słyszymy z jego ust, że Malwiny nie należą do Argentyny.

„Jakie to argentyńskie wyspy skoro ja potrzebuję paszport by tam lecieć?

– Las Malvinas son Argentinas [Malviny są argentyńskie] ble ble ble… To polityka. Taki sam temat jak mistrzostwa świata. Cała Argentyna żyje przez dwa tygodnie piłką nożną. Argentyna! Argentyna! Gol! Gol! Ooo… Przegraliśmy… A potem wszyscy odwracają głowę i… Gdzie są moje pieniądze na jedzenie? Czemu wszystko podrożało? Dokładnie taką funkcję ma dyskusja o Malvinach. Władza może łatwo odwracać uwagę od problemów kraju – tłumaczy nam Augusto. Cały czas energicznie się porusza po pokoju i gestykuluje, świetnie odgrywając rolę oszukanego przez władzę Argentyńczyka. Korzystając z okazji dopytujemy jak to jest z tymi politykami. Wszyscy nam dotychczas opowiadali, że władza kradnie, że jest duża korupcja i pieniądze znikają nie wiadomo gdzie. Augusto patrzy na mnie jakby czołg miał mu wyjechać lewym okiem i wrócić prawym. – Tak to prawda. Jest korupcja i tym tam na górze nie chce się nic zrobić dla kraju. Ja tam byłem i rozmawiałem z nimi. Wiem jak działa polityka w Buenos Aires – w końcu odpowiada Augusto. – Ludzie zamiast narzekać zaczęliby pracować dla siebie i skupili się na swoim miejscu. Wtedy byłoby wszystkim lepiej. Argentyńczykom się pracować nie chce. Popatrzcie tutaj. Nie chciało im się wyrównać terenu pod dom. Mają dwa poziomy. Ja jak czegoś potrzebuję to zabieram się do pracy. Wiadomości i polityki nie oglądam. Tutaj wokół jest moje miejsce. Reszta – ciao!

Laguny i lodowce

– Po co chcecie iść do parku? Tam nic nie ma. Tylko las i bardzo drogi wstęp – Augusto recenzuje dla nas jedną z głównych atrakcji w Ushuaia. Decydujemy się nie weryfikować tej informacji, wokół jest kilka innych miejsc do odwiedzenia.

Laguna Esmeralda
Laguna Esmeralda
Szlak prowadzący do Laguny Esmeralda
Szlak prowadzący do Laguny Esmeralda

Autostopem wracamy kilkanaście kilometrów do szlaku w stronę Laguny Esmeralda. Krótki szlak daje dużo satysfakcji z wyboru. To miejsce polecali nam wszyscy spotkani backpackersi. Piękne jezioro z widokiem na lodowiec jest ukryte za odcinkiem różnorodnej ścieżki. Po powrocie do drogi wystawiany rękę i… pierwszym samochodem wracamy do miasta. Kierowca przyjechał z Buenos Aires, mamy wrażenie, że jak wszyscy tutaj. Wyjaśnienie to samo. Praca, cisza i spokój.

Decydujemy się jeszcze na jeden wypad w góry. Udajemy się w stronę lodowca Vinciguerra i jeziora de los Témpanos. Wprawdzie w przewodniku można przeczytać, że po odwiedzeniu El Calafate i Perito Moreno lodowce w Ushuaia przypominają kostki lodu, ale za bardzo nas to nie zraża. Szlak jest znacznie bardziej wymagający, ale od początku daje sporo satysfakcji. Piękna dolina, różnorodna ścieżka w lesie i finałowe podejście przed widokiem na kolejną lagunę i lodowiec. Pogoda u góry jest drastycznie inna. Wszyscy marzną, a schodzący z przerażeniem pytają czy mamy ciepłe kurtki, kiedy widzą, że podchodzimy w cienkich koszulkach. Uspokajamy ich i u góry my również ubieramy wszystko co mamy w plecaku. Chowamy się między kamieniami przed wiatrem i podziwiamy.

Lodowiec Vinciguerra i jezioro de los Témpanos
Lodowiec Vinciguerra i jezioro de los Témpanos
Szlak powrotny z jeziora de los Témpanos
Szlak powrotny z jeziora de los Témpanos

Szlak jest świetnie przygotowany. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem. Tym bardziej dziwi nas informacja Augusto, że w przyszłym roku na wszystkie szlaki trzeba będzie wybierać się z przewodnikiem. Miasto miało zbyt dużo problemów z nieprzygotowanymi i nieodpowiedzialnymi turystami. Zdecydowali się na takie rozwiązanie, moim zdaniem, słabe. Nie widzę uzasadnienia.

Łatwo w ten sposób uszczęśliwić jedną grupę zawodową pod pretekstem bezpieczeństwa turystów, ale czy cała reszta turystyki w Ushuaia będzie szczęśliwa? Bo, że turyści nie, to chyba nie muszę tutaj wspominać. Backpackersi przyjadą, zrobią zdjęcie z tabliczką, jeden nocleg i pojadą z powrotem. Kto to piwo wypije? Nieważne, zrobią, zobaczymy.

Czarne maszty

W klubie żeglarskim pytamy pracownika czy Selma jest w tej chwili w Ushuaia. Wskazuje nam pomarańczowy jacht z czarnymi masztami w klubie po przeciwnej stronie. – To Selma – mówi. Udajemy się we wskazanym kierunku.

„Z Polski. Znam tutaj dziewczynę z Radomia. Muzyka to Myslovitz. Selma to ten jacht z czarnymi masztami

Jest wcześnie, przed dziewiątą… Stoimy na pomoście niepewnie obserwując wskazany jacht. Żadnej flagi. Obok jednak stoi drugi, z Gdańska, zamknięty. Trzebaby wejść i zapukać… Teraz muszę Cię uprzedzić, że moje doświadczenie żeglarskie zakończyło się na tygodniowych regatach po Mazurach. Wycieczka w cztery jachty to nie regaty? No widzisz…

Ewa i Wojtek przed jachtem Chief One
Ewa i Wojtek przed jachtem Chief One
Widok na miasto Ushuaia
Widok na miasto Ushuaia

Kładę się na pomoście i kawałkiem deski stukam w reling. Pojawia się Wojtek i od razu zaprasza nas do środka. Jesteśmy na pokładzie Chief One, a Ewa i Wojtek dzielą się z nami swoją pasją do żeglarstwa. Niedługo zabiorą pierwszych klientów na Antarktydę. Później okazuje się, że to nie o samo żeglarstwo chodzi, ale o to, by robić to co się lubi. Kilka trudnych pytań zmusza do myślenia. – To co chcecie robić za pięć lat? Teraz mam Wasze namiary to będę mógł sprawdzić – uśmiecha się Wojtek. Napompowani inspiracją, chęcią zmian i podziwem dla nowych znajomych udajemy się do nowej kwatery na najbliższe dni.

Boże Narodzenie

– Tak, 24 grudnia wieczorem będzie asado [argentyński grill] dla chętnych. Jeszcze nie znamy ceny, ponieważ to będzie bardziej uroczysta kolacja z szampanem itd. W końcu mamy święta – odpowiada nam zapytana o ogłoszenie recepcjonistka w hostelu. Jakoś nie mieliśmy ochoty sprowadzić kolacji Wigilijnej do głośnej imprezy z toastem, więc spróbowaliśmy urządzić się w hostelu po swojemu. Było to dosyć proste, bo obiekt na świąteczny odpoczynek był po prostu świetny.

Nie będę teraz udawał, że kolacja nawet w najlepszym hostelu to był Polski stół na dwanaście potraw. Nie lepiliśmy pierogów, nie szukaliśmy zastępstwa dla karpia. Polskie Święta na razie wspominamy z domu, a w Ushuaia chcieliśmy po prostu usiąść na kanapie i porozmawiać. Prawie jak w domu tylko grono mniej liczne. Mieliśmy uroczystą kolację z argentyńskich produktów, a jedynym polskim akcentem był pyszny jabłecznik z cynamonem, który upiekła Gosia.

Stara okładka artykułu przed dodaniem zdjęć
Stara okładka artykułu przed dodaniem zdjęć

Podobnie jak msza tego dnia nie przypominała polskiej pasterki. Próżno szukać pięknych kolęd śpiewanych przez wszystkich wiernych. Był za to tradycyjny argentyński taniec odegrany przez Maryję i Józefa. Pojawiło się też Dzieciątko w kulminacyjnym momencie. Wszystkiemu przyglądamy się z wyuczoną w Guarambare w Paragwaju ciekawością.

Święta na końcu świata są Świętami na końcu świata. Są inne. Były nasze, ale jeśli przydarzą się nam tutaj kolejne to pewnie postaramy się bardziej w naszym dwuosobowym, rodzinnym gronie.

Fin del Mundo

Czy w Ushuaia jest ten słynny koniec świata? My jeden z naszych odnaleźliśmy właśnie tam. Kiedy tydzień później Izraelczyk tłumaczy mi, że koniec świata jest w Puerto Williams, a nie w Ushuaia… Grzecznie spławiam go w myślach. Też czytałem tą informację w przewodniku, ale wiemy lepiej…

Ushuaia zaskoczyła nas w inny sposób niż się spodziewaliśmy i tak też było z emocjami. Nie plakat koło informacji turystycznej był ważny, ale nowe inspiracje i wartości znalezione właśnie tutaj.

To teraz pewnie spytasz czy warto przyjechać do Ushuaia. To zależy… Przyjazd tutaj na dwa noclegi mija się z celem. Lepiej zostać kilkaset kilometrów dalej w okolicy Puerto Natales lub El Chalten. Jako epizod dłuższej podróży to moim zdaniem punkt obowiązkowy. A jeśli w portfelu znajdziesz tysiące dolarów na rejs na Antarktydę napisz nam jak było. Po takie doświadczenie przyjechać tutaj warto.

Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

19 komentarzy

  1. Zdjęć i owszem brakuje, ale co tam… i tak warto przeczytać. Pozdro i szybkiego spotkania z nowym kompem 😀

    • Michał Odpowiedz

      Super, że na chwilę się tekst broni, później szybko można zdjęcia przejrzeć. Choć nikt nie broni czytać dwa razy 😉
      Komputer już niedługo będzie w naszym zasięgu. Potem jeszcze jakieś miejsce na pracę;)

  2. Dziękuję, znowu udało mi się z Wami obejrzeć „kawałek” Argentyny. Ciekawa jestem zdjęć. Trzymamy kciuki. Powodzenia dalej.

    • Michał Odpowiedz

      Dziękujemy za ciągłe towarzystwo i zapraszamy w dalszą podróż 😉

  3. Też czekam na zdjęcia choć muszę przyznać, że artykuł w takiej formie nabiera jakiegoś szlachetno-książkowego charakteru. Może bardziej trzeba wyobraźnię uruchomić. W sumie to byłby pierwszy Wasz artykuł, który z czystym sumieniem mógłbym przeczytać na czarno-białym czytniku (przerzuciłem się jakiś czas temu na androidowe Feedly 🙂 ale grupy „czarno-białe” i „kolorowe” już skonfigurowane a i komentarza na takim sprzęcie i napisać się nie da :).

    • Michał Odpowiedz

      Oj tam, może jeszcze nie książki 😉 No bardzo się staramy i eksperyment ciekawy.
      Czy Feedly się jakoś z czytnikiem integruje. Jak wrócimy to tyle się trzeba będzie nauczyć…

    • Michał Odpowiedz

      Bardzo miło to przeczytać, tym bardziej pod podróżniczym wpisem bez zdjęć.
      Jeśli mogę coś doradzić to tylko jak tu przyjechać 😉 Choć to strasznie daleko niestety z naszych stron. No, ale może i my kiedyś wrócimy. Kto powiedział, że koniec świata zdobywa się tylko raz 😉

  4. Komputer już działa? Zdjęcia potwierdzają ,że jesteście szczęściarzami. Michale, z klockami drewna Ci do twarzy. Powodzenia dalej.

    • Michał Odpowiedz

      Komputer działa. Grupa bliskich nam osób wykonała w krótkim czasie kawał solidnej roboty, za który jesteśmy im szalenie wdzięczni. Jeszcze o tym napiszemy.
      No nie wiem, jakoś nie jestem przekonany do obróbki drewna, węgla i tego typu opalania domów. Własnie się dowiedzieliśmy, że Coyhaique ma olbrzymi problem z zanieczyszczeniem powietrza w zimie. Największy w regionie. Ciągle mam też problem jak to jest z tą ekologią opalania drewnem. No i po co się tak męczyć 😉

  5. 🙂 Augusto, Ewa i Wojtek. Dziesiąki innych spotkań. Teżwam mocno mieszają w głowach, prawda? To jest jednak prawdziwy skarb takich podróży. Trzymajcie się!

    • Michał Odpowiedz

      Chyba wiecie coś na ten temat. Wchodzisz, mówisz „cześć” i jeszcze nie wiesz, że najbliższe 20 minut wywróci Twój wolny czas podczas pedałowania. Ale to wcale nie musi być tak, że to tylko osoby spotkane w podróży nas inspirują. Podróż i czas na przemyślenie kilku spraw sprawiły, że ponownie inspirują nas osoby, które zostały w Polsce. Świetne doświadczenie, ale jeszcze nie wiem co z tego wyciągniemy dla siebie? Sprawdzicie?

  6. Ładnie, pięknie… i nawet trochę swojsko: Laguna Esmeralda – niemal tatrzański pejzaż 🙂

    • Michał Odpowiedz

      Można się wielu podobieństw doszukać 😉 Turystów jednak znacznie mniej, a to środek sezonu.

Napisz komentarz