Biel i szarość. Nasłuchaliśmy się o wielokolorowej Kolumbii, tymczasem przekraczamy granicę i te kolory są dominujące. Niskie chmury nie przepuszczają słońca. W jakich barwach widzą rzeczywistość Wenezuelczycy, którzy maszerują w grupach w przeciwnym do nas kierunku? Na granicy ogromne kolejki. Namiot UNICEF i czerwonego krzyża. Darmowe szczepienia, które można, a nawet należy przyjąć natychmiast.

Pielgrzymka z Wenezueli

Widząc kolejne duże grupy idące wzdłuż głównej szosy myślimy o tym, czy ktoś jeszcze został w Wenezueli. W kraju głęboki kryzys trwa od kilku lat, w 2014 zaczęły się masowe protesty. Potem ludzie zaczęli uciekać. Uciekają nadal nie widząc rozwiązania. Wenezuelczyków widzieliśmy w autobusach i na ulicach dużych miast Ameryki Południowej, zwłaszcza w Ekwadorze, Peru, Chile. Próbowali opowiadać swoje historie sprzedając pojedyncze cukierki i lizaki, albo po prostu żebrali. Pewnie byli też tacy, którzy dobrze się zasymilowali i mieli stabilną pracę. Ich z oczywistych względów nie znamy. Dobre przykłady są mniej ostre.

Teraz przez Kolumbię idą młodzi mężczyźni, idą kobiety z dziećmi. Na plecach niosą grube kurtki, zwinięty zwykły materac, niektórzy spakowali wszystko do starego szkolnego plecaka. Czasem pozdrawiamy się, innym razem obserwujemy wzajemnie nasz jednostajny ruch. Cieszą się, że są bliscy przekroczenia kolejnej granicy, czy narasta w nich niepokój będąc coraz dalej swojej ziemi?

Mijamy dyskoteki i hotele na godziny. Nie planujemy postoju, nie tylko dlatego, że jest środek dnia. Rysy twarzy i cała fizjonomia dziewczyn, które tutaj krążą wskazuje na ich inne pochodzenie. Chyba część wędrowców z północy zatrzymała się na dłużej w poszukiwaniu gotówki.

Motel na godziny standard VIP. Zwróć uwagę, że z jednej strony jest wjazd, a z drugiej strony wyjazd. W ten sposób nie spotkasz byłego kochanka
Motel na godziny standard VIP. Zwróć uwagę, że z jednej strony jest wjazd, a z drugiej strony wyjazd. W ten sposób nie spotkasz byłego kochanka

Las Lajas – Maryja od cudów

Kolejny odcień szarości to sanktuarium maryjne Las Lajas. W Kolumbii jest więcej praktykujących katolików niż w pozostałych krajach Ameryki Południowej, które odwiedziliśmy. Szare, kamienne sanktuarium zostało wybudowane wokół groty, w której małej dziewczynce objawiła się Maryja. Wiele osób opowiada o cudach, uzdrowieniach mających związek z odwiedzeniem tego mietrampljsca. Wzdłuż stromych schodów brakuje wolnych przestrzeni na przyklejenie tabliczki z podziękowaniem za doznane łaski. Starszy mężczyzna opiera chude ramiona na szerokim murku. Usta ma sine, a nie jest zimno. Tlen, którego mu brakuje stoi w butli w osobowym samochodzie. Pozostało dwanaście schodków do auta. Nie chce pomocy swojej córki, chce odpocząć. Wierzy, że modlitwa w grocie sanktuarium przyniesie efekt później. Zastanawiamy się jak dzisiaj wygląda Częstochowa i ile tam było schodów?

Szary deszcz wylewa się na głowy, ale postanawiamy jechać dalej. Dzięki współpracy polskich misjonarzy z północy Ekwadoru i ich znajomościom z ludźmi z południa Kolumbii wyśpimy się dzisiaj w artystycznym warsztacie. Rodzina z miasteczka San Juan w Kolumbii przygotowuje figurę Maryi na świąteczne obchody w Ekwadorze. Wielki blok styropianu faluje kilkumetrowymi fałdami sukni. Przyklejamy do niego strzępy papieru utaplane w mącznej masie. Przypomina to zabawę na plastyce w podstawówce, ale efekt, który zobaczyliśmy później był zaskakująco dobry.

W pracowni jesteśmy częstowani pierwszą filiżanką kolumbijskiej kawy. W mig rozumiemy dlaczego lepiej ją posłodzić cukrem, koniecznie trzcinowym. Co najmniej jedną kopiastą łyżeczką, bo wtedy łatwiej ją przełknąć bez robienia min. Mówią, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, a potem nawet polubić. Zobaczymy.

Sanktuarium Las Lajas wbudowane między skały
Sanktuarium Las Lajas wbudowane między skały
Praca na zlecenie zza granicy
Praca na zlecenie zza granicy

Miasto Pasto – kawa i ciasto

Do pierwszego dużego miasta wjeżdżamy rozpędzeni. Znasz to uczucie ciekawości, gdy pierwszy raz w jakimś kraju wchodzisz do dużego sklepu, do małej knajpki czy kawiarni, żeby ocenić możliwości swojego portfela? Przed dłuższym pobytem w kraju w trakcie niskobudżetowej podróży to ekscytujące.

W Pasto zobaczyliśmy bardzo dużo ludzi. Gdy zatrzymaliśmy się przy większym placu, żeby się rozejrzeć, natychmiast ktoś nam zaoferował pomoc, wskazał miejsce, którego szukaliśmy, ale też ostrzegł, w które ulice nie powinniśmy wjeżdżać. Nadal czujni znaleźliśmy lokum na noc i już bez rowerów poszliśmy sprawdzać ceny płatków owsianych, słodyczy i oczywiście kawy. Rozpiętość cen jest bardzo duża. Porównując tą samą jakość są produkty dwukrotnie tańsze niż w Polsce, są też droższe. Każda tabliczka czekolady była droższa od tych sprzedawanych w Europie, ale przekonały nas miejscowe słodycze. Od pierwszego kolumbijskiego miasta na podjazdach zajadamy się tanimi i pysznymi żelowymi kostkami, które robione są wyłącznie z owocu guayaba z cukrem. Dodają mocy jak drogie żele dla sportowców, a opakowanie można wyrzucać do kolumbijskiego rowu, bo jest zrobione z suchego liścia!

Dulce de guayaba - najlepsza naturalna słodycz z Kolumbii. Jak poczujesz się po jej zjedzeniu? Posłuchaj bandy La Mambanegra, daje energię jak guayaba!
Dulce de guayaba – najlepsza naturalna słodycz z Kolumbii. Jak poczujesz się po jej zjedzeniu? Posłuchaj bandy La Mambanegra, daje energię jak guayaba!

Zanim kupi się dobrą kawę trzeba się trochę zaznajomić z tematem. Rozpiętość cenowa od 4 do 24 zł za 250 g. Z tej najtańszej robione jest “tinto”, które można wypić w każdej piekarni na rogu i w każdym wiejskim domu. O tym napoju, którego nie powinno nazywać się kawą, żeby uniknąć rozczarowania, napiszemy innym razem. W centrum dużego miasta jest też kilka droższych cukierni i kawiarni. Ku naszej uciesze droższa kawiarnia za niecałe 3 zł oferuje espresso, którego drobny łyk odczuwasz z przyjemnością przez długą chwilę. Możesz zagryźć ciastkiem w cenie od 0,5-3 zł. Cappuccino z wzorem na gęstej piance kosztuje tu około 4 zł. Podobno na północy Kolumbii będzie trochę drożej. Podobno też w przyszłości będziemy wiedzieć, który sposób przygotowania ziaren przed paleniem bardziej nam odpowiada. Kawowa droga jeszcze daleko przed nami. Teraz wybieramy się na drogę śmierci.

Skrzypiące domy

Zanim rozpędzimy się, żeby wskoczyć na trampolinę śmierci, podjeżdżamy i zjeżdżamy do jeziora La Cocha. Ktoś z innych długodystansowych podróżników określił to miejsce jako małą Wenecję, ktoś inny napisał “jakże tu uroczo, drewniane domki jak w małej wiosce w Holandii!”. Faktycznie mamy wrażenie jakbyśmy nagle wjechali do innej republiki. Republiki kolorowych, krzywych domków na palach. Jedziemy drogą, ale życie koncentruje się wzdłuż jednego kanału, którym mieszkańcy wypływają równie kolorowymi i krzywymi łódkami na jezioro. Każdy skrzypiący domek oferuje nocleg i świeżego pstrąga. Jest środek tygodnia, nad nami kolejna szara chmura. Prawdopodobnie dlatego w wiosce dzisiaj są bardzo zaburzone proporcje. Na czterech turystów zagranicznych i sześciu kolumbijskich przypada jakieś 20 łódek oferujących wycieczkę po jeziorze i co najmniej 30 hotelików – restauracji. Zjedliśmy pstrąga, niechże chociaż jedna knajpka dzisiaj zarobi.

Skrzypiący dom na domie nad jeziorem La Cocha w Kolumbii
Skrzypiący dom na domie nad jeziorem La Cocha w Kolumbii

Dolina Sibundoy – dolina partyzantów

W tej dolinie trafił nam się pierwszy od wielu miesięcy dłuższy, płaski odcinek szosy. W miejscowości Sibundoy odbywa się pierwszy festiwal rdzennej muzyki alternatywnej. Młodzi multiinstrumentaliści prezentują co potrafią, publiczność zajada się kiełbaskami, empanadami, lodami. Ich rodzice i ludzie w naszym wieku pamiętają, że w czasie swojej młodości nie mieli takiej swobody. Każdy wie o kimś, kto przymusowo został zabrany rodzinie w młodym wieku, żeby służyć w imię rewolucji. Gdzie są teraz ci ludzie? Gdzie są ich dowódcy? To temat na dłuższy reportaż. Podobno od podpisania pokoju w 2016 roku bardzo dużo się zmienia. Nie mamy okazji z nikim tutaj dłużej porozmawiać. Wyobraźnia tylko intensywnie tworzy obrazy – czy ten pan od trzciny cukrowej jest samotny? Czy ta czwórka nastolatków pamięta swojego najstarszego brata? Czy ten budynek jest opuszczony od sześciu czy dwudziestu sześciu lat, gdy ktoś z niego uciekał szukając spokoju na drugim końcu kraju?

Jest scena na ulicy, impreza się rozkręca. Chcesz ich posłuchać? Zaśpiewają o smaku chicha
Jest scena na ulicy, impreza się rozkręca. Chcesz ich posłuchać? Zaśpiewają o smaku chicha

Trampolina śmierci

Żegnamy asfalt, witamy wielkie kamienie. No to wymyśliliśmy sobie kolejny spacer z rowerami zamiast rozpędzania się po asfaltowych dolinach. Deszczowy las porasta każdy skrawek ziemi. Rośliny zwisają nad drogą na wysokość standardowej naczepy ciężarówki. Za 156 zakrętem zatrzymujemy się w skleconej z desek restauracyjce. Placki kukurydziane z serem, ciepłe napoje, kiełbaski, jajka, kanapki. Biznesik prowadzi trójka ludzi w naszym wieku, biega tu też parę kilkulatków. Zatrzymuje się prawie każdy samochód z tych kilkudziesięciu, które przejeżdżają drogą w ciągu jednego dnia. Zjadamy najbardziej tłustą z możliwych przekąsek i od słowa do słowa bez żadnego problemu dostajemy pozwolenie na nocleg w nieużywanym pomieszczeniu. W tej gęstwinie roślinności jesteśmy zachwyceni z takiej opcji, bo nie mamy piły tarczowej, ani nawet maczety, żeby wykarczować sobie miejsce pod namiot. Na następnych kilkudziesięciu kilometrach zobaczymy jeszcze kilka podobnych miejsc, a także osoby z bronią i w mundurach. Wszyscy są dla nas bardzo mili. Zastanawiamy się kto decyduje się na prowadzenie przydrożnego biznesu w tak niesprzyjających warunkach. Dojazd do miasta to kilkadziesiąt kilometrów kamienistą drogą, zimny deszcz pada przez większość dni w roku, nie ma możliwości uprawy czegokolwiek, miejsce znajdzie się może dla kilku kur i świń. Czy to są te osoby z byłych guerilli, które wcześniej znały tylko partyzanckie życie w lesie, a po podpisaniu pokoju musiały znaleźć jakieś płatne zajęcie? Może tak łatwiej niż szukać pracy, do której obowiązkowe jest napisanie CV? Łatwiej niż wymyśleć historię o byłej pracy. Nikt nie chce zatrudnić człowieka z partyzancką przeszłością, nawet jeśli świetnie poradzi sobie chociażby przy piekarniczym piecu, bo po latach w dżungli kilka godzin w ekstremalnie wysokich temperaturach to nic. A skoro ludzie są przywyczajeni do trudnych warunków, to być może nie jest im straszne mieszkanie na zimnej, wilgotnej, przydrożnej skarpie.

Michał zmieścił się w pasie wyszarpanym naturze przez ciężarówki
Michał zmieścił się w pasie wyszarpanym naturze przez ciężarówki
Nie wszystkim się udaje na drodze śmierci
Nie wszystkim się udaje na drodze śmierci
Najbardziej uczęszczany bufet na trasie i jednocześnie gospodarstwo jednorodzinne
Najbardziej uczęszczany bufet na trasie i jednocześnie gospodarstwo jednorodzinne

Mocoa – wodospady w dżungli

Nie poczuliśmy oddechu śmierci nawet zjeżdżając wzdłuż przepaści w kierunku selwy, czyli tropikalnego lasu. Gdy zacisnęliśmy hamulce w mieście Mocoa, przestaliśmy odczuwać jakikolwiek ruch powietrza, które stało się lepkie, a nasze oddechy ciężkie. Miasto leży na wysokości około 500 m n.p.m. Poprzedniego dnia byliśmy prawie na 3000 m.n.p.m. Zaczęliśmy marzyć o chłodnym deszczu. Zamiast tego mamy podwójną porcję lemoniady do obiadu i gotowy plan na kąpiel pod wodospadem. Kilka kilometrów za miastem jest “wodospad na końcu świata”. Nie wiemy jak interpretować te nazwy. Z czym tak naprawdę była związana nazwa drogi “trampolina śmierci”? Czy zawsze wskutek wypadku losowego ludzie spadali w przepaść w samochodach? A wodospad na końcu świata nazywa się tak dlatego, że woda wpada w głąb dżungli z wielkiego uskoku skalnego? A może to informacja, że w przeciwną stronę lepiej się turysto nie zapuszczaj, bo jak za dużo zobaczysz to możesz oberwać po karku od ciągle aktywnych przy granicy grup zbrojnych?

Żeby dotrzeć do wodospadu trzeba się spocić wychodząc kilkaset metrów pod górę w gęstym lesie, mijając ostrożnie karawany wielkich mrówek, nie przeszkadzając ptakom i motylom. Większe zwierzaki, w tym małpy, same się szybko chowają. Na końcu spaceru wybieramy na kąpiel jedną z naturalnych sadzawek z przyjemnie chłodną wodą. Radość może spotęgować skok z kilkumetrowego klifu. Nad ostatnią przepaścią na trasie można się co najwyżej przeczołgać w szelkach bezpieczeństwa. Emocje gwarantowane.

Warstwy kolumbijskich gór i chmur. Z takim widokiem zjeżdżaliśmy do Mocoa z trampoliny śmierci
Warstwy kolumbijskich gór i chmur. Z takim widokiem zjeżdżaliśmy do Mocoa z trampoliny śmierci
Tak się wskakuje do chłodnej wody na końcu świata
Tak się wskakuje do chłodnej wody na końcu świata

Bogactwo i kokaina

Szum wentylatora mniej przeszkadza w śnie niż upał. Odklejamy się od prześcieradła w Mocoa ciesząc się na poranny podjazd w górę. Wyżej znaczy chłodniej. Nie ważne, że zaraz będziemy mokrzy. Niestety po kilku kilometrach pedałowania mamy obowiązkowy postój z powodu awarii przerzutki. Na szczęście szybko diagnozujemy źródło problemu, a sklep rowerowy mijaliśmy dwie kwadry temu (200 metrów). Wskutek komplikacji zaczynamy się wspinać tuż przed południem. Po kilku godzinach i jednej solidnej ulewie zatrzymujemy się przed szyldem – Casa del ciclistas y observaciones de aves.

Ptasiek z Kolumbii
Ptasiek z Kolumbii
Palmy i inne takie wokół domu
Palmy i inne takie wokół domu
Dlaczego, mimo że nie lubię kotów one do mnie przyłażą?
Dlaczego, mimo że nie lubię kotów one do mnie przyłażą?

Andrés akurat remontuje kuchnię swojego drewnianego domu, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy spędzili noc w jego domu dla rowerzystów i popatrzyli razem na ptaki zgodnie z obietnicą na szyldzie. Nasz gospodarz mieszka niedaleko głównej, ale mało uczęszczanej szosy, a za sąsiadów ma wysokie drzewa i ptaki. – Przeprowadziliśmy się tu z dużego miasta, bo tam spędzaliśmy prawie dwie godziny dziennie na dojazd do pracy, a pieniądze wystarczały na jedzenie, rachunki, telewizję, internet. Wszystko wydawaliśmy, dusiliśmy się. Teraz pracuję mniej, robię to co muszę, mam świeże powietrze, budzę się z ptakami. Nie mam szans na duże pieniądze, ale czy to gorzej? Na szczęście jest to bardzo spokojny region. Żadnych bandytów, mafii kokainowej itd. Na tym terenie koka nie chce rosnąć, więc pewnie zawsze będzie spokojnie. – opowiada. Dowiadujemy się trochę o liczbach. W całej Kolumbii można zobaczyć 1600 gatunków ptaków. Wokół domu jedynie 1200 gatunków. Andrés jeszcze nie rozpoznaje wszystkich, ale wspólnie popijając tinto widzieliśmy ponad 20 z nich. Wypytujemy o dalszą trasę, bezpieczeństwo lub jego brak. Andrés jest kolejną osobą, która mówi, że jego zdaniem turyści mogą czuć się bezpieczniej niż miejscowi, ale nie może nam dać stuprocentowej pewności i że trzeba słuchać ludzi, którzy mieszkają bliżej miejsc w które chcemy się udać.

Zatem jedziemy dalej i będziemy pytać. Wybierzemy pustynię, albo sawannę, a może selwę, a potem znowu wyższe góry. Będziemy szukać kolumbijskich kolorów. Od pierwszych szarych dni zobaczyliśmy już dwanaście odcieni zieleni, rośnie apetyt żeby zobaczyć więcej kontrastów.

Wskazówki

  • Warto sprawdzić lokalnie informacje o niebezpiecznych sytuacjach odnotowywanych w ostatnim czasie w rejonie i słuchać ludzi – grupy zbrojne są obecne w południowej części Kolumbii, w strefach blisko granic
  • Jeśli nie zasmakujesz w kolumbijskich słodyczach, to w marketach D1 i Justo&Bueno znajdziesz jeżyki importowane z Polski. Zwykle taniej niż w Polsce, czego nie potrafimy zrozumieć.
  • Nie kupuj najtańszej kawy, po prostu nie.

Czas i miejsce

  • Druga połowa stycznia 2020. 
  • Z Tulcan w Ekwadorze pojechaliśmy w kierunku Ipiales w Kolumbii. Ominęliśmy miasto, skręciliśmy w prawo drogą 25NR01 w kierunku Las Lajas i Potosi, a dalej do San Juan. W San Juan wyjechaliśmy na główną drogę nr 25, którą mniej więcej kontynuowaliśmy aż do Pasto. Z Pasto skręciliśmy na drogę nr 10 w kierunku Laguna de la Cocha i Mocoa. Z Mocoa zawróciliśmy na południe drogą 45 w kierunku wodospadu Fin del Mundo (koniec świata). Potem kontynuowaliśmy jazdę drogą 45 na północ aż do miasteczka Bruselas. 
  • Mapa Google opisywanego obszaru
Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

2 komentarze

  1. Jak patrzy się na takie zdjęcia, to człowiek natychmiast chce się pakować i wyruszać w podróż 🙂 Pozdrawiamy!

Napisz komentarz