Trudno było nam zbudować jakieś oczekiwania w stosunku do Ekwadoru. Spotykaliśmy osoby zakochane w tym kraju, które podkreślały jak piękne jest to, że na małej powierzchni jest tak wiele. Druga grupa pomijała istnienie tego kraju zachwycając się sąsiadującymi Kolumbią lub Peru. W nas grały wszystkie emocje, wiele znaków zapytania. Wiedzieliśmy, że jeśli co jakiś czas wysuszy nas słońce, możemy stąd wywieźć dobre wspomnienia.

Pierwsze przykazanie Piotra

Większość polskich podróżników rowerowych kojarzy Piotra Strzeżysza. Już dłuższy czas temu byliśmy w Katowicach na pokazie, na którym opisywał swój drugi przejazd przez Ameryki. Z tego co pamiętam, przejazd granicy pomiędzy Jaén w Peru, a Zumbą w Ekwadorze, był jedynym miejscem, o którym Piotr powiedział – Nie jedźcie tamtędy, tam się nie da jechać! No, ale my pojechaliśmy…

Po otrzymaniu pieczątek wyjazdowych po stronie peruwiańskiej, przeprowadzamy rowery do Ekwadoru. Z pierwszej restauracji krzyczy w naszym kierunku celnik – Poczekajcie chwilkę tylko skończę obiad. Dobrze wie, że nie uciekniemy. Bo niby jak? Mundurowy zjadł obiad, wbił pieczątki. Z posterunku odjeżdżamy odprowadzani wzrokiem przez kilka osób chowających się przed słońcem pod ścianami budynków. Zaczyna się podjazd, nawijamy łańcuch na najlżejszym biegu. Gdy tylko wioska znika za pierwszym zakrętem, zsiadamy z rowerów. Choćbyśmy w tym miejscu zrzucili wszystkie sakwy, nie pojedziemy dalej. Koniec.

Szutrowa droga prowadzi nas od granicy nie dając nadziei na odpoczynek
Szutrowa droga prowadzi nas od granicy nie dając nadziei na odpoczynek
Technologia pozwala sprawdzić ile pchania przed nami
Technologia pozwala sprawdzić ile pchania przed nami
Wilgoć, mgła, deszcz... tajemnicze góry
Wilgoć, mgła, deszcz… tajemnicze góry

Przez ponad dwa dni pchamy rowery na każdym podjeździe i rozgrzewamy hamulce do czerwoności na każdym zjeździe. Nagła zmiana ukształtowania terenu dobitnie pokazała, że wjechaliśmy do innego kraju. Tak znaleźliśmy się w Ekwadorze.

Zielone wzgórza Valladolid

Trzy rzeczy zbiegły się w czasie i przestrzeni, by czwartego popołudnia nasze rowery dosięgły małej wioski Valladolid. Po pierwsze skradziono na tyle mało pieniędzy z ministerstwa transportu, że w końcu mogliśmy wjechać na nowiutki asfalt. Po drugie kilkanaście kilometrów wcześniej w okienku amerykańskiej firmy finansowej Western Union rozmieniono nam banknot studolarowy. Staliśmy się właścicielami legalnych dziesięciodolarówek, za które mogliśmy już kupić obiad. Na poprzednich kilometrach wydaliśmy banknot 5$, jedyny, który mieliśmy w małym nominale. Do tego czasu nikt nie był chętny, żeby rozmienić naszą studolarówkę. Mieszkańcy wiosek boją się fałszywych banknotów przemycanych z Kolumbii. Po trzecie przed nami zawisły ciężkie, czarne chmury, co skutecznie nas zmotywowało. Jeśli mamy teraz zmoknąć jak kury, to choć pod dachem będziemy wysychać.

Zielone okolice Valladolid - południe Ekwadoru
Zielone okolice Valladolid – południe Ekwadoru
Kłótnia kolibrów w rezerwacie Tablachaca
Kłótnia kolibrów w rezerwacie Tablachaca
Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej w Valladolid - obecnie w remoncie
Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej w Valladolid – obecnie w remoncie

Deszcz towarzyszył nam przez kolejne dni prawie codziennie. Zielone wzgórza wokół wioski nie nabrałyby takiego koloru od gorących promieni słońca. Tak głęboka zieleń była chroniona przez gęstą, wilgotną mgłę, która opóźniała rozpoczęcie się każdego dnia. Gdyby nieliczne godziny słońca pofolgowały sobie za bardzo, szybko nadchodził karcący deszcz schładzający te aspiracje.

Czasem jest tak, że smutne lub tajemnicze rzeczy kojarzą się z trudniejszymi do życia miejscami, a czasem takie miejsca dają lepszy kontrast dla pewnych opowieści. Kojarzy mi się obrazek obijanej przez morskie fale latarni morskiej, w której stary latarnik skrywa jakąś tajemnicę, a pamięta wiele. Wieża kościoła w Valladolid będzie mi się kojarzyć z jasnym promieniem zapału i otwartości gospodarza, który otworzył przed nami swoje zaplecze. Mam tutaj na myśli szeroko pojętą misję, a nie tylko dach, za który również jesteśmy wdzięczni.

Codziennie zderzaliśmy wyidealizowany opis świata przedstawiony nam przez księdza ze szkolnej katechezy z brutalną rzeczywistością polskiej misji katolickiej na peryferiach Ekwadoru. Kolorowy obrazek z misyjnym błogosławieństwem zakleiliśmy słowami: kradzież, karierowictwo, niekompetencja, podwójne życie, brak powołania, bezkarność, kazirodztwo, pedofilia, marazm itd. itp. Normalnie ten zbiór słów powinien prowadzić do jakiegoś krzyku nad niesprawiedliwością, rozpaczy po destrukcji obrazu świata, w który wierzyliśmy. W Valladolid widzimy pracę, sprzeciw i pasję tworzenia czegoś zupełnie od podstaw, na silnym fundamencie. Czy nie tak powinniśmy również działać na co dzień w ważnych dla nas sprawach? Jak bardzo chcielibyśmy o tym pamiętać siedząc znów we własnym, wygodnym mieszkaniu, tak bardzo boimy się, że wygodniej jest oddać jestestwo innym i przy niedzielnym obiedzie podsumować tylko “ten świat już taki jest”.

Feria w Palanda obok Valladolid - którą krowę Pan woli?
Feria w Palanda obok Valladolid – którą krowę Pan woli?
Gosia prezentuje owoce kakaowca - na festynie dostaniesz wszystko - zwierzęta, roślinki, jedzenie na wynos i na miejscu
Gosia prezentuje owoce kakaowca – na festynie dostaniesz wszystko – zwierzęta, roślinki, jedzenie na wynos i na miejscu

Z księdzem Łukaszem idziemy na wieczorny spacer wokół wioski. Kilkaset metrów nie powinno zająć więcej niż kilka minut, ale my spotykamy kolejnych parafian. – Przejdźmy się, zobaczymy co sąsiedzi robią. Może ktoś nas zaprosi na kawę i porozmawiamy – mówi ksiądz. Znamy już niektóre trudne historie, ale tutaj spotykamy się tylko z uśmiechem. Ci ludzie zaufali i mają swojego duszpasterza. Nie wszyscy, ale część już wie, że zawsze może liczyć na czas, rozmowę i wsparcie.

100 lat, 100 lat…

Za kilkoma podjazdami i większą przełęczą przestaje padać, a przynajmniej niebieskie słupki prognozy oznaczające wysokość opadów zaczynają się kurczyć. Przejeżdżamy przez dolinę wioski Vilcabamba. Na wjeździe tablica ze zdjęciem mężczyzny z długą białą brodą. Gandalf ze znanej trylogii porzucił wszystkie troski i wpadł do Ekwadoru? Może nie legenda życia wiecznego, ale obietnica stu lat w dobrym zdrowiu ściąga w okolicę coraz więcej emerytów z Europy i Stanów Zjednoczonych. W centrum miasteczka trudno usłyszeć latynoską mowę. Z kilku kawiarni dobiega wyraźny amerykański akcent.

Nie ma tu przypadku. Ekwador od wielu lat znajduje się w czołówce krajów, które warto rozważyć na emeryturę. Vilcabamba ma dodatkowy atut ze swoją gwarancją na długowieczność. Na to ma się składać zdrowy klimat, czyste powietrze i woda. Co do wpływu miejscowego klimatu na stan zdrowia trudno się nam wypowiedzieć, ale czystość powietrza jest bez zastrzeżeń. Najbliższy przemysł – setki kilometrów dalej.

Obietnica długowieczności na wjeździe do Vilcabamba
Obietnica długowieczności na wjeździe do Vilcabamba
Jedna z kawiarni na rynku w Vilcabamba
Jedna z kawiarni na rynku w Vilcabamba
Restauracja w Vilcabamba, a na deser kąpiel
Restauracja w Vilcabamba, a na deser kąpiel

W okolicy oglądamy hacjendy jak z serialu Beverly Hills 90210. Domy robią na nas wielkie wrażenie, choć rzadko można się przyjrzeć rzeczywistości za wysokim, murowanym płotem. Zresztą to może roczniki wspomnianego serialu nie dały rady utrzymać domów w USA, na hipoteki których płacili przez całe życie. Typowy imigrant-emeryt po zakończeniu pracy zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie opłacić podatków za swój dom w Stanach Zjednoczonych. Wtedy dom idzie na sprzedaż, a emeryt z gotówką pojawia się w Ekwadorze. Bogatsi budują rezydencje bez hamulców, a biedniejsi kupują pakiety mieszkalne: domek w górach plus bliźniaczy nad Pacyfikiem.

Miasto sztuki

W Loja odwiedzamy pierwszy ekwadorski supermarket. Nie umiemy się przyzwyczaić do cen, które widzimy na półkach dużej sieci. Nasze nadzieje na niższe ceny w dużym mieście po poprzednim zderzeniu z cenami w małych, przygranicznych sklepikach zostały ostatecznie rozwiane. W Ekwadorze relatywnie tania jest tylko kawa. O ile porównujemy dobrej jakości mieszanki zebrane w rejonie, który właśnie opuszczamy. Dolaryzacja państwa wyraźnie odbiła się na cenach produktów w tym kraju. Tak też mówi spotkany na ulicy Peruwiańczyk – Bardziej opłaca mi się pracować tutaj niż jechać do Stanów Zjednoczonych – tłumaczy proponując nam kupno słodyczy.

Budynek teatru w Loja
Budynek teatru w Loja
Początek wymagającego szlaku TEMBR biegnącego przez Ekwador
Początek wymagającego szlaku TEMBR biegnącego przez Ekwador

Zamiast kulturalnych przeżyć w mieście Loja wybieramy rekreacyjne ścieżki, których miasto ma bardzo dużo wzdłuż dwóch przecinających je rzek. Jedna z tych ścieżek wyprowadza nas na początek szlaku TEMBR. Spodziewam się, że taki zlepek liter niewiele Ci mówi. W tej chwili nam również. Ten akronim oznacza jedną z ciekawszych tras przez góry Ekwadoru z północy na południe. Obok zachwytu nad widokami wulkanów bardzo często w opisach pojawiają się słowa: przemoczony, przemarznięty, ubłocony i cierpiący. Sami nie mamy jeszcze zdania jak rozwinąć ten skrót. Na razie jest drogowskazem.

Polscy misjonarze

Takim samym drogowskazem był znak na miejscowość Jima. Kilkusetmetrowy zjazd po szutrowej drodze nie bardzo nas zachęcał, ponieważ te same metry należało wypchać w górę kolejnego dnia. O gospodarzu parafii dowiedzieliśmy się w Valladolid, ale nie wiedzieliśmy czy dziś jest obecny w domu. Stwierdziliśmy jednak, że warto spróbować. Dotychczas mamy niedosyt Polaków w tej podróży. “Dzień dobry” od razu ustawiło naszą sytuację i wprosiliśmy się do środka na kawę, a ze względu na późną porę i miejscem pod dachem się zachwyciliśmy. Ksiądz Ignacy jest w Ekwadorze ponad trzydzieści lat. Perspektywa, którą nam naświetlił podczas wieczornego spotkania była więc szczególnie cenna, a chcieliśmy się dowiedzieć jak najwięcej o powodach i konstrukcjach niedawnych protestów. W Polsce być może usłyszałeś, że Ekwadorczycy protestowali przeciwko zniesieniu dopłat do paliwa. Nie wiedziałeś pewnie, że biedny Indianin nie posiadający samochodu, musi iść na protest by nie dostać 30-50$ kary.

Świnka opalana gazem (horneado), charakterystyczne danie w regionie Cuenca. Miejscowi mówią, że zdrowiusieńkie, bo ogień zabija zarazki. Świnka bez zarazków zdrowsza, ale już wcześniej zdecydowano o jej marnym losie
Świnka opalana gazem (horneado), charakterystyczne danie w regionie Cuenca. Miejscowi mówią, że zdrowiusieńkie, bo ogień zabija zarazki. Świnka bez zarazków zdrowsza, ale już wcześniej zdecydowano o jej marnym losie
Asfalt asfaltem, ale niespodzianki się zdarzają
Asfalt asfaltem, ale niespodzianki się zdarzają

Indianie nie dostali kary za nieobecność na blokadzie drogi, ale o. Włodzimierz nie mógł podrzucić koledze kilku galonów paliwa na trudny czas. Zanim zatankował kanistry z zamiarem przekazania piechotą przez zasieki o. Szczepan zadzwonił ponownie. – Daj spokój, już nie ma sensu. Między nami postawili już kilkanaście blokad – wyjaśnił. Tak nam sprawę przedstawił o. Włodzimierz, z którym szybko znaleźliśmy wspólne słowa. – Tata też z Jaśkowic? A jak nazwisko? – pyta nas. Tak się okazało, że dobrze zna jedną stronę mojej rodziny. – Jedzcie, jedzcie, nie kryjcie się. Ja też kiedyś byłem rowerzystą i wiem, że wtedy pochłania się każdą ilość jedzenia – zachęca nas. Tak poczuliśmy się swobodniej podczas podwieczorku. Kolejne godziny rozmów na tematy wszelakie były już bardzo swobodne. Możesz mieć wrażenie, że jesteśmy na jakimś pielgrzymim szlaku. Chyba słusznie, choć wyszło przypadkiem. Od kolejnych księży dostajemy kolejne kontakty. Od południa Ekwadoru w Valladolid aż po północ mamy trasę obstawioną polskimi misjami. Nie zawsze są na naszej trasie, ale zawsze jesteśmy bezpieczni wiedząc, że możemy do nich zadzwonić.

Powoli zdajemy sobie sprawę, w którym miejscu podróży jesteśmy. Ledwo wjechaliśmy do Ekwadoru, ale za chwilę będziemy w Cuenca, potem Quito i tak znajdziemy się na półkuli północnej… Loja nam o tym przypomina, ponieważ także tutaj mają OFF Festival. Muzyki w Loja nie zdołaliśmy posłuchać, choć miejskie teatry były obwieszone plakatami odbywających się wydarzeń. Kto wie, może jednak na koncert Iggy Pop lub Bikini Kill do Katowic zdążymy. Polskie lato już niedługo!

Wskazówki

  • Banknoty w dużych nominałach są nadal realnym problemem w małych wioskach Ekwadoru. Często nawet banki nie są w posiadaniu większych nominałów niż 20$. Jeśli tak jak my wjeżdżasz do Ekwadoru drogą lądową i przez wiele kilometrów nie ma bankomatów, z których możesz wyjąć banknoty 20$, to szukaj różnego rodzaju lokalnych punktów finansowych. Jeśli ładnie się uśmiechniesz to pomogą Ci w rozmienieniu pieniędzy.
  • W Ekwadorze nawet w najmniejszych wioskach czasami znajdziesz bankomat, niestety duża ich część obsługuje jedynie lokalne karty płatnicze. Naszymi kartami udało nam się wypłacić pieniądze w Banco del Austro (za darmo) i Banco Guayaquil (z drobną prowizją).
  • W Cuenca nie znaleźliśmy kawiarni z dobrą kawą. Po 2-3 próbach odpuściliśmy. Lepiej iść do supermarketu i kupić przykładowo kawę Café Montañés Vilcabamba i zająć się nią samodzielnie.
  • W Baños de Cuenca skorzystaliśmy z wód termalnych w Hosteria Durán. To była przyjemna odmiana, łatwo dostępna z Cuenca. Nową wodę nalewają w poniedziałek.

Czas i miejsce

  • Trasę przejechaliśmy na przełomie listopada i grudnia 2019 roku.
  • Granicę przekroczyliśmy w La Balsa i jechaliśmy drogą E682 przez miasta Zumba, Valadolid, Loja. Skręciliśmy na drogę wzdłuż rzeki Zamora zgodnie ze szlakiem TEMBR opisanym na stronie bikepacking.com. Po dojechaniu do drogi do drogi E35 (Panamericana Sur) kontynuowaliśmy nią jazdę w stronę Cuenca. Na chwilę odbiliśmy do wioski Jima za miejscowością La Paz. Potem znów wróciliśmy na drogę do Cuenca.
  • Mapa Google opisanego w artykule obszaru.
Autor

Na początku 2018 roku wypalił dziurę w ostatniej flanelowej koszuli. Stwierdził, że to dobry moment by na chwilę przerwać pracę programisty i spróbować innych pasji. Teraz jako podróżnik rowerowy, fotograf i blogger, chce nadać wartość każdemu z tych słów.

11 komentarzy

  1. Znowu wiem więcej. Szczęścia w podróży. Trzymajcie się. Pozdrowienia i podziękowania dla księży w Ekwadorze.

    • Dziękujemy wszystkim księżom, którzy są na misjach. To ciężka sprawa i różne niedogodności, o których ciężko się dowiedzieć.

      Można by podróżować tylko po misjach i byłoby to bardzo ciekawe 😉

    • Dobrze ze po trudach mokrej i błotnistej drogi mieliście przyjazna metę! Ta zieleń naprawdę robi wrażenie, może to jakiś nowy “ekwadorski” odcień 😉

      • Będzie taka farba w Castoramie 😉 My mamy dużo szczęścia, a może po prostu dostajemy szansę.

  2. Bajko ty moja. Jakie to wszystko piękne. Sympatyczny tekst, ale zdjęcia. Kocham przyrodę pod każdą szerokością.
    Jedzcie dalej szczęśliwie i bezpiecznie. 🙂

    • Chyba zagęszczenie ludności robi różnicę w tych krajach. Przyroda na tu trochę miejsca. Jest przepiękna 😉

  3. Wściekła zieleń, aż kłuje w oczy, szczególnie po tych wysokogórskich i nieco pustynnych krajobrazach. Choć przecież i w Peru nie brakowało zieleni, to ta ekwadorska jednak się różni… Fajnie też zobaczyć owoc kakaowca, w sumie to nie wiedziałem jak wygląda, mimo że jestem pies na czekoladę 😉 Trzymajcie się tam i pozdrowienia!

    • My nie spodziewaliśmy, że może być tak wielki. Pierwsze owoce dostrzegliśmy w północnym Peru.
      Z tych stron pochodzi najlepsza w Ekwadorze kawa. My jednak dopiero teraz w Kolumbii dowiedzieliśmy się, że procesów przygotowania ziaren na początku są trzy… Może dowiemy się, że jest ich jeszcze więcej. Na europejskim rynku znamy zapewne tylko jeden z nich.

  4. Mnie te piękne kolibry i ten duży chrząszcz już przekonały, że warto jechać do Ekwadoru. Te kolibry to w rezerwatach czy można je spotkać też w miasteczkach? Jak blisko udało wam się do nich podejść?
    Zieleń niesamowita, aż trudno oczy oderwać…

    • W centrum miasteczek ciężko kolibra spotkać, ale już w ogrodach w spokojniejszych miejscach to owszem. Podobno wystarczy powiesić taki karmnik i one przylecą.
      My podchodziliśmy do nich na dwa metry. Niesamowite 😉

Napisz komentarz